— Jak można tak skatować dziecko...!

Groził nawet, że gdy to się powtórzy, wytoczy ojcu sprawę.

Ojciec usprawiedliwiał się uniesieniem. Wszak kradzież tych pieniędzy groziła mu ruiną, cóż więc dziwnego, że się zapomniał.

— Zresztą diabli go nie wezmą — zawyrokował.

W końcu, chcąc raz skończyć przykrą dla niego rozmowę, odpalił:

— Jak ma być złodziejem, to wolę widzieć go w grobie...

Po tym zdarzeniu w miasteczku znów zawrzało jak w ulu. Nowina ta była niepowszednia. Każdy tłumaczył to na swój sposób. Większość mnie potępiała. Byli wszakże i tacy, co mi współczuli. Mówili: „Biedny sierota, ojciec, mając młodą żonę, chce się pozbyć dzieci”.

Znalazł się nawet śmiałek, który powtórzył to ojcu w oczy. Nie zdążył tego jednak dokończyć, bo już został wyrzucony za drzwi.

Co do mnie, to w ogóle nie rozumiałem, co się z ojcem dzieje... Ten człowiek herkulesowej siły, zwykle łagodny i potulny, nigdy tak się nie unosił jak teraz. Pomimo wszystko, czasem żal mi było ojca. Bunt się jednocześnie we mnie rodził z powodu tej zmiany. Więc wszystko zło przypisywałem zawsze uśmiechniętej, pięknej macosze. Jej widok mimo woli wywoływał we mnie drgania nerwów, nieprzychylny skurcz twarzy. Czułem instynktownie, że ta kobieta mnie nienawidzi, chociaż nie daje tego po sobie poznać. Możliwe, że zbyt srogo ją osądziłem. Straciłem matkę! Przez tę zaś kobietę miłość ojca.

W owym czasie ojciec budował nowy, murowany dom. Zaniechałem swych planów. Myśli zwróciłem w innym kierunku. Postanowiłem zdobyć zaufanie ojca. Starałem się być użyteczny.