Będąc fizycznie silnie zbudowany, wziąłem się do pracy. Pomagałem przy budowie. Woziłem cegły, dźwigałem ciężary, kopałem.
By wykazać poprawę i skruchę, uczęszczałem na nabożeństwa. W sobotę zaraz po obiedzie zabierałem się do bóżnicy. Tam zagłębiałem się w Talmudzie, dla pozoru wszakże... W rzeczywistości zaś na wzór dawnej nauki w jeszywecie chowałem w Talmudzie jaką bądź książkę beletrystyczną lub inną. I wtedy tylko zaprzestawałem tej lektury i zaczynałem śpiewnym głosem recytować ustępy świętej księgi, gdy wierni zaczynali się zbierać na przedwieczorną modlitwę.
Przychodził i ojciec. Spostrzegłem nieraz, iż patrzy na mnie ukradkiem i twarz jego wówczas nieco się rozpogadzała. Jeszcze wyraźniej mogłem to zauważyć, gdy wokół mnie tworzyło się liczniejsze grono brodaczy, którzy w skupieniu mnie słuchali.
Pragnąc go jeszcze bardziej umocnić w jego zaufaniu, co dzień w czasie przerwy między modlitwą przedwieczorną a wieczorną, to jest zanim na niebie pojawiła się pierwsza gwiazda, co stanowiło zwykle około godziny, siedziałem w wielkim skupieniu nad wieczną księgą.
Wszystko jednak na nic. Wysiłki moje nie przyniosły pożądanego skutku. Ojciec, jak i przedtem, patrzył na mnie z pogardą. W domu stale mnie napiętnowali. Robotnicy, zatrudnieni przy budowli, na mój widok uśmiechali się dwuznacznie i ironicznie. W miasteczku wszyscy ode mnie stronili, jakby od trędowatego.
Taka sytuacja stała się wprost nie do wytrzymania. Cóż dziwnego, iż coraz częściej wracała uporczywa myśl o ucieczce.
Ale jak to wykonać, gdy tak jestem pilnowany, a po wtóre miałem tę sprawę z pieniędzmi. O ile pierwsze dało się pokonać, to bez tych ostatnich, rozumiałem, daleko nie zajdę.
W takim położeniu przetrwałem do Nowego Roku.
XXVII
Nadszedł rok 1914. Rok, który zadecydował o losie i istnieniu milionów ludzi. Rok, w którym zapadł na nich wyrok śmierci, a co gorsze, kalectwa i to na tych samych ludzi, którzy rok ten witali radośnie razem z tymi, którym potem kosztem innych udzielone zostały zaszczyty i bogactwa.