Zaczynałem osiemnasty rok życia. Jest to niedużo. A jednak tego życia miałem już dosyć. W chwilach dotkliwego smutku powtarzałem więc za biblijnym Jobem89: „Bodajby zginął dzień, w którym się narodziłem i noc, w którą rzeczono: począł się mężczyzna!” Bywało w chederze, że gdy czytałem ten ustęp biblijny, łzy mi w oczach stawały na myśl, ile to musiał wycierpieć biedny ten człowiek.

Wówczas jeszcze nie wyobrażałem sobie, że są i współcześni Jobowie, z tą wszelako różnicą, iż Job przed swym cierpieniem zaznał dużo dobrego i był bogaty. Zresztą ten legendarny Job długo nie cierpiał. Otrzymał rychło nagrodę...

A dziś?...

Niejednemu to pytanie ciśnie się na usta od chwili, gdy już rozumie język swej karmicielki, aż do grobu. I nigdy nie otrzymuje odpowiedzi, ani też nie zazna lepszej chwili.

Ja jestem jednym z takich Jobów, z tą różnicą, że tamtego ukarał Bóg, mnie zaś ludzie... Następnie Job uważał, że cierpi niezasłużenie, a ja przyjmuję moje cierpienia za całkowicie słuszne, ba, nawet na większe zasłużyłem.

Pomimo tego, co się rzekło, proszę czytelnika, by mną nie pogardził. Z całą ufnością zdaję się na Twój sąd. Do Ciebie on należy i z góry przystaję na jego wyrok.

Czyja jest wina, że stałem się złodziejem, zbrodniarzem?... Nieraz zastanawiałem się nad tym, kto ponosi winę, że stałem się szkodliwą jednostką dla społeczeństwa, dla tych samych, którym z czasem miałem nieść pociechę duchową i ukojenie w nieszczęściu. Wtedy zdaje mi się, że składam się z dwóch istot. Czyli inaczej mówiąc, to wszystko zło, które popełniłem w życiu, popełnił raczej mój sobowtór, niż ja, niedoszły rabin...

Tak, tak, Drogi Czytelniku, nawet i dziś po tylu latach przebytych w świecie występku i brudu, nie mogę się pogodzić z myślą, że jestem tym, za którego mnie uważają i to słusznie. Ale zaklinam Cię! Pomimo mych zbrodni, które zamierzam Ci wszystkie opisać, nic nie tając przed Tobą, nie zlęknij się, czytając to wszystko, i nie osądź mnie z góry! Bądź sprawiedliwy!

Zechciej mnie wysłuchać do końca. Świadomość, iż w Tobie mam bezstronnego sędziego, być może doda mi sił, że pozbędę się tego drugiego „ja” które źle czyni. Zostanie wówczas moje prawdziwe „ja”, które — zaręczam Ci! — zaprawdę nie jest zdolne nawet muchy skrzywdzić, a cóż dopiero człowieka!

Czuję to, iż jestem marnym filozofem, a w moich wywodach brak nawet jakiejkolwiek logiki. Przebacz! Uwzględnij, iż pisząc te słowa, znajduję się sam, samiuteńki w ponurej więziennej celi, z oknem przysłoniętym żelaznymi kratami. Cela podobna raczej do grobu niż do pomieszczenia dla żywego, zdrowo myślącego człowieka... Ponuro, szaro wszędzie. Jest teraz godzina druga, a więc niedawno po obiedzie. A jednak jestem już głodny. Czyż dziwić się więc należy, że trochę bredzę? Naprawdę po obiedzie więziennym jest marne natchnienie i filozofowanie.