No więc usprawiedliwiłem się już i lżej jest mi teraz wrócić do tematu, to jest do miejsca, skąd zacząłem filozofować.
I tak mamy rok 1914. Od tego przeklętego roku datuje się też i mój zupełny upadek. Zaraz po Nowym Roku odbyła się familijna rada. Brał w niej udział nawet stryj, który specjalnie w tym celu zawezwany przez ojca przyjechał z Rosji.
Długo się pocili nad tym, co zrobić ze mną, by uratować całą familię od hańby. Wreszcie zapadła stanowcza decyzja, by oddać mnie do jakiego bądź rzemiosła. To jedno wszakże uczynili ustępstwo, iż raczyli zapytać, do jakiego rzemiosła mam wielką chęć. Zawezwali mnie w tym celu do siebie i podkreślili nieodwołalność swego postanowienia. Zaznaczyli, iż w żaden sposób dłużej pozostawać w domu nie mogę.
Ja nic nie odpowiedziałem, gdyż bolało mnie to, że chcą koniecznie mnie się pozbyć. Wówczas przywołał mnie stryj bliżej do siebie i dobrotliwie zapytał, czy chcę zostać piekarzem. O ile tak, to on zaryzykuje i weźmie mnie do siebie, pod warunkiem wszakże, że mu nie przyniosę wstydu.
Stryj mój był prawdziwym typem dorobkiewicza. Chorował także na inteligenta. A nawet, żeby na takiego wyglądać, uważał za potrzebne zakładanie sobie złotych binokli, co zresztą dodawało mu powagi. Cztery lata temu ożenił się bardzo bogato, biorąc w posagu dużą, dobrze prosperującą piekarnię i handel zbożowy.
Ten człowiek wytrwale dążył do celu. Był on przed żeniaczką jednym z pracowników swego przyszłego teścia, bogatego kupca w mieście S. U tego kupca były trzy córki. Otóż jedną z nich stryj właśnie rozkochał w sobie. Ojciec dziewczyny jednak ani słyszeć nie chciał o tym małżeństwie.
Stryj, świadomy tego, iż wraz z ładną córką ma też mu przypaść niemniej ładny posażek, nie dał za wygraną i przed czasem dobrał się już do „miodu”... W rezultacie wytworzyła się sytuacja, iż kupiec był nawet zadowolony, że stryj zgodził się na żeniaczkę, zanim ludzie mogli spostrzec, iż córeczka jakoś z dnia na dzień staje się pełniejsza... Ten to czcigodny stryjcio teraz zapewne mnie się wstydził. Ale chcąc pocieszyć starszego brata, zgodził się mnie ostatecznie zabrać do siebie i wyprowadzić „na człowieka”. Ja, chociaż niechętnie, ale nie widząc innego wyjścia, wyraziłem zgodę.
Tegoż jeszcze wieczora wyruszyliśmy w drogę. Opisywać podróży nie będę, gdyż niczym się ona nie odznaczyła. Cały czas zatopiony byłem we własnych myślach. Na drugi dzień stanęliśmy już na miejscu. Ciotka, jak się zresztą spodziewałem, z mojego przybycia nie bardzo była zadowolona. Zaraz na następny dzień stryj zaprzągł mnie do pracy. Nie omieszkał przy tym wygłosić odpowiedniej mowy: „Jak będziesz pilny w pracy — mówił — to wstawię się za tobą u ojca i zrobimy cię kupcem. A fach, którego się nauczysz, nie zaszkodzi, w życiu wszystko może się przydać. Uważaj, ja też w swoim czasie pracowałem u ludzi, a teraz... czy to mi zaszkodziło zostać kupcem?” Tu znacząco odchrząknął i poprawił binokle. Resztę morałów, które jeszcze mi prawił, mało już rozumiałem, gdyż były zaprawione różnymi naukowymi terminami i porównaniami.
Od tego więc dnia zacząłem pracować w piekarni i to, przyznać się muszę, dość chętnie. Czeladź, której było kilku, z początku, traktowała mnie z pewną niechęcią, a przynajmniej odnosiła się do mnie nieufnie. Wypływało to z dwóch przyczyn. Po pierwsze, tak już jest przyjęte w żydowskich piekarniach, że czeladnicy traktują terminatorów bardzo źle. A że ten lub ów z tych ostatnich oberwie po grzbiecie „spranzlem”, to nic, jest to na porządku dziennym. Chłopiec tak zahukany, zapracowany, wypełnia każde najmniejsze zlecenie czeladnika bez szemrania. Zimą sypia on zwykle gdzieś na piecu przy muzyce świerszczy, a latem w brudnym kącie, gdzieś w pobliżu „bajty”90. I gdyby to jeszcze wyspał się. O tym wszakże nie może być mowy. Na to nie ma czasu. Cztery godziny snu na dobę jest już wiele!
Widziałem tych chłopców o bladych twarzach, z zaczerwienionymi oczyma, jak snuli się nocną porą, podobni raczej do lunatyków niż do ludzi normalnych.