Nic też dziwnego, że gdy taki niewolnik staje się wreszcie czeladnikiem, a nawet właścicielem piekarni, stara się wówczas odbić na cudzej skórze to, co przecierpiał sam.
W tym wszakże wypadku, w stosunku do mnie czeladnicy nie odważyli się zastosować tej samej miarki, którą stosowali względem dwóch innych terminatorów. Wiedzieli bowiem, że jestem familiantem91 gospodarza. Z tym faktem, chcąc nie chcąc, musieli już się pogodzić. Druga przyczyna niepewności wypływała z tego właśnie, że mieli dochody postronne, o czym zapewne stryj nie wiedział. Otóż obawiali się, iż mogę ich zdradzić.
Po kilku tygodniach lody między nami stopniały.
Przekonali się bowiem, że z przywilejów pokrewieństwa bynajmniej nie korzystam. W pracy zaś niemniej od innych jestem pomocny. Bo i faktycznie nie zakładałem rąk. Po kilkunastu godzinach pracy, wymęczony, spocony, umazany w mące i cieście, wyglądałem jak nieboskie stworzenie. Stryj bynajmniej z tym się nie liczył, że u osiemnastoletniego chłopca przepracowanie może wywrzeć zły wpływ na zdrowie.
Niemal co dzień musiałem naładować z kilkadziesiąt i więcej ciężkich worków mąki na wozy lub takowe rozładować w szybkim tempie, razem z innymi, gdyż na pośpiechu zależało. Że czynność ta nie miała nic wspólnego z piekarskim fachem, o to też stryjowi nie chodziło92.
Nigdy się nie skarżyłem. Co gorsza, patrzyli na mnie niechętnie. Przy lada sposobności stryj nie omieszkał mi wytknąć, że podjął się bardzo niepewnej gry, ryzykując przyjąć mnie, jako złodzieja i byłego więźnia, do siebie do porządnego domu i że jego żona, a moja ciotka czyni mu wymówki, że przyjmując mnie, sprofanował dom.
Muszę tu powiedzieć, że stryj mój był bardzo cnotliwy. Nie przeszkadzało mu to wszakże, by mnie jako familianta użyć do „uczciwej pracy”, jak na przykład: do mieszania żytnich otrąb lub mąki mniej wartościowego gatunku i pszennych otrąb z pewną ilością piasku.
Takiego „prima” gatunku otrąb lub mąki przychodziło nieraz przygotować dwieście worków i więcej. Praca to była nie lada, gdyż wszystko to trzeba było dokładnie przemieszać i z powrotem powsypywać do worków. Szło to do Niemiec. Do sfabrykowania i do przygotowania takiego transportu mnie tylko dopuszczono. Stryj widać był tego pewien, że go nie zdradzę.
Po każdej takiej pracy ze dwa dni potem ledwo powłóczyłem nogami i nie mogłem swobodnie oddychać. Lecz cóż było robić? Wszystko to było dla mego dobra... Chcieli wszak ze mnie „zrobić człowieka”... W sobotę mogłem zaledwie odpocząć i przyjmowałem wygląd człowieka.
A więc cierpiałem.