Lecz cierpliwość moja rychło się wyczerpała. Będąc z natury popędliwy, zacząłem się buntować. Wreszcie nastąpił wybuch.
Pewnego ranka, zaraz po ukończeniu nocnej pracy, stryj kazał mi, bym się udał do spichlerza i przygotował transport otrąb. Miałem je zmieszać, jak wyżej wymieniłem, a następnie rozważyć po jednym cetnarze93 do worków.
Czułem się niezdrów, byłem też niewyspany. Z niechęcią więc, chociaż bez słów sprzeciwu, udałem się do wypełnienia powierzonej funkcji. Na wpół śpiący zabrałem się do pracy. Z ogromnym tylko wysiłkiem przemogłem siebie. Powieki same się zamykały. Wreszcie, nie mogąc przezwyciężyć ogarniającego mnie snu, zwaliłem się na opróżnione worki i zasnąłem twardym snem. Jak długo spałem, nie wiem. Obudziły mnie jakieś dziwne, nieludzkie dźwięki. Otworzyłem powieki. To, co ujrzałem zaspanym wzrokiem, nie od razu dało mi możność uświadomić sobie, co się właściwie w pobliżu mnie odbywa... Widziałem tylko i słyszałem, jak jakieś stworzenia o krótkich nogach i długich uszach gospodarują po całym spichlerzu. Ten i ów nurkuje w ogromnej kupie otrąb, inny ciągnie za koniec worka z mąką, a jeszcze inny wprost wlazł na wpół do worka... i sterczy już stamtąd wałkowaty zad i krótki, zakręcony w fajkę ogon.
Rozwarłem szeroko źrenice i... dreszcz zgrozy mnie przeszedł na sam widok spustoszenia, jakie porobiło to „gojowskie bydło”. Był to bowiem cały tabun świń okolicznych gospodarzy z przedmieścia. Dziwić się wypada, skąd w tych „chazerowych” stworzeniach znalazło się tyle czelności, by całą kupą pakować się do nieco uchylonych drzwi żydowskiego spichlerza...
Zerwałem się na nogi, chwyciłem szuflę i dalejże wyganiać nieproszonych gości, krzycząc pod ich adresem wcale niepochlebne wyrazy. Ale gdzie tam!... Ani mój krzyk, ani też razy, jakich nie szczędziłem, nie przyniosły pożądanego skutku. Jak widać, były przyzwyczajone do tak niedelikatnego obchodzenia się, a zapewne i do obfitości jadła, wywierało to hipnotyczny wpływ, dość, że w żaden sposób nie mogłem poradzić sobie z natrętami. Widząc to, wybiegłem z krzykiem na podwórze. Za chwilę w stronę spichlerza z pranzlami w rękach biegła już czeladź ze stryjem na czele, a za nimi nadążała stróżka.
Stryj, gdy ujrzał obraz zniszczenia, o mało nie zemdlał.
— Gwałt! Gwałt! — krzyczał. — Może ze dwieście rubli szkody!... Pozabijać te paskudniki!
Stróżka z miotłą zagrodziła sobą drzwi. My zaś przypuściliśmy atak na świnie. Uderzenia padały, gdzie popadło. Powstał harmider nie do opisania. Krzyki atakujących i hałas oraz kwik świń mieszały się ze sobą i tworzyły piekielny wprost zgiełk. Jeżeli zaś do tego dodać gęsty tuman mącznego pyłu, jaki uzupełnił całe zamieszanie, że aż ciemno było, wówczas czytelnik będzie mniej więcej miał wyobrażenie, co się tam działo.
W trakcie uganiania się, jedna ze świń wpadła stryjowi między nogi, unosząc czas pewien, a w końcu go obaliła. Stryj, padając, jeszcze większego narobił hałasu. Pospieszyliśmy mu na ratunek. Nic mu się wszakże złego nie stało. Uniósł się na nogi cały i zdrów, gdyż upadł na miękkie otręby. Przeklinał jednak, na czym świat stoi, mnie i świnie. Widząc wreszcie, że egzekucja nie doprowadzi do niczego, a raczej jeszcze więcej przyniesie szkody, postanowił z tym skończyć i rozkazał stróżce otworzyć drzwi. Mało to jednak pomogło. Rozjuszone zwierzęta, nie widząc wolnego wyjścia, olbrzymimi susami unosiły się po stosach otrąb i mąki. Jedna ze świń zabrała się nawet po schodach na piętro. Tam, spostrzegłszy małe okienko wychodzące na podwórko, rzuciła się ku niemu. Otwór jednakże był nieco za mały. Wcisnąwszy się więc do połowy, świnia zawisła w powietrzu. Widząc to, stryj począł wołać na nas, byśmy pośpieszyli na ratunek świni, gdyż zabicie jej jeszcze więcej przysporzy mu kłopotu. Nikt jednak z nas nie ośmielił się tknąć stuprocentowego trefnego stworzenia. Wówczas stryj, nie zwlekając, przez chustkę do nosa chwycił sam świnię za ogon i co sił ciągnął ku sobie.
Świnia darła się wniebogłosy. Stryj spluwał, lecz ciągnął za ogon. My, widząc, że sam nie da rady, idąc za jego przykładem, wzięliśmy się na odwagę i chwyciliśmy świnię za tylne nogi. Staraliśmy się ją ciągnąć i zapobiec samobójstwu. Lecz gdzie tam! Bestia wparła się przednimi nogami, ostatnim wysiłkiem przemogła przeszkodę przytrzymujących ją ram okiennych oraz naszych rąk i... runęła w dół. Oniemieliśmy z przerażenia. Lecz cóż, stało się...