Po zlikwidowaniu zajścia jakże mocno zdziwiliśmy się, gdy po wyjściu na podwórze nie zastaliśmy śladu po samobójcy... A więc i ze świni jest nieraz dobry skoczek. Stryj sapał ze złości. Myślałem, że się wścieknie. Wreszcie odnalazłem i podałem mu zgubione binokle. Spojrzał na mnie piorunującym wzrokiem. Że był zły, nic dziwnego! Spichlerz wyglądał, jakby przeszedł po nim huragan. Co rychlej więc, pozostawiając biadającego stryja, wyniosłem się cichaczem z miejsca katastrofy i udałem się do piekarni na piec.

Był to mój pokój sypialny, za materac zaś służyły wypróżnione worki. Położyłem się na to łoże i już drzemałem, gdy wtem ktoś szarpnął mnie za nogę, wołając, bym szedł natychmiast uporządkować ślady po katastrofie. Był to stryj. Odpowiedziałem, że jestem chory i że chce mi się spać, więc nie pójdę. Znowu zabrałem się do spania, ale stryj nie dał za wygraną i szarpnął mnie tym razem już za rękaw, wlazł po drabce94 wyżej i mógł sięgnąć dalej.

Tego było za wiele. Poderwałem się z miejsca i, sam nie zdając sobie sprawy ze swego czynu, trzasnąłem stryja w ucho.

Wynik tego uderzenia był dla mnie zgoła niespodziewany. Bezpośrednio po nim spadły bowiem binokle, a za chwilę w ślad za nimi, jak długi i sam stryj.

Jaki rejwach potem nastąpił, trudno opisać. Stryj miotał się jak opętany. Na krzyk jego zbiegli się nie tylko domownicy, lecz i sąsiedzi. Ciotka lamentowała:

— Mówiłam ci, że ten złodziej nieszczęście nam sprowadzi... Dobrze ci tak!... Ty nigdy nie chcesz mnie słuchać!

A gdy już wyczerpała spory zapas odpowiednich wykrzykników, przeszła do opowiadania, co to ze mnie za „ptaszek” i jakie wyrządziłem im szkody w spichlerzu.

Przestraszony leżałem nieruchomo, nie śmiąc nawet głośno oddychać.

„Co robić? — przemknęło mi przez głowę. — A więc już i po karierze piekarsko-tragarskiej! Co dalej?” Zdawałem sobie sprawę, że muszę stąd się wynosić. Ale dokąd?

Do domu za nic w świecie nie mogłem wracać. Tam by mnie nie przyjęto. A więc dokąd?... Dokąd?...