Zalewając się łzami, chwyciłem ich za ręce i całowałem, prosząc o przebaczenie. Nie dali po sobie poznać, by czuli do mnie jakąś urazę, na odwrót, cieszyli się, że minął kryzys i przeszło niebezpieczeństwo. Nigdy nie przypuszczałem, by byli tak dobrzy dla mnie. Żal mi teraz było stryja, który z sińcem pod okiem był przy mnie i przyjaźnie się uśmiechał. Wspomniał, iż zabierali się już posłać telegram do ojca z wiadomością, że umieram.
Możliwe, że później żałowali, że nie umarłem... Sam też żałuję! Uratowano mnie dla cierpień i niedoli. Młodość i silny organizm przemogły chorobę i prędko doszedłem do zdrowia.
Przyszedł kwiecień.
Wiosna zapowiadała się ślicznie. Żadnej pracy stryj mi nie poruczał. W ogóle od czasu choroby stosunek do mnie całkowicie się zmienił. Stryjostwo byli dla mnie nadzwyczaj przychylni. A jednak nie mogłem patrzeć im w oczy. Wstydziłem się swego względem stryja postępku. Byłem stale smutny. Widząc to, starali się mnie pocieszać. Rachela zaś nie zaprzestała swej nade mną opieki i po chorobie. Troszczyła się o mnie jak rodzona siostra. Była to sympatyczna, osiemnastoletnia dziewczyna, dość wykształcona.
Pomimo tkliwej troskliwości, jaką mnie teraz otaczano, czułem się, jak i wspomniałem, nieswojo i z dniem każdym stawałem się posępniejszy.
Aż razu pewnego, stryj przywołał mnie do siebie i delikatnie dał mi do zrozumienia, że o ile pragnę powrócić do domu, to on nie ma nic naprzeciw. Owszem, przyznaje nawet, że uczynił głupstwo, chcąc mnie wyrobić na piekarza.
— Za delikatnie matka cię wychowała — mówił — a ja tego właśnie nie wziąłem pod uwagę. Po chorobie powinieneś odpocząć. A tu u mnie tylko się nudzisz.
Tu spojrzał na mnie uważnie, jakby się chcąc przekonać, jakie wrażenie wywrą jego słowa.
Nieśmiało przytaknąłem głową na znak zgody. A więc sprawa mojego powrotu po tej rozmowie była przesądzona... Na drugi dzień ciotka wręczyła mi sześć rubli na drogę.