Gdy wymawia te słowa, wydając głębokie westchnienia i lejąc łzy w otoczeniu zrozpaczonych sług, góra otwiera się nagle u samej podstawy: długi sklepiony korytarz, oświecony setką tysięcy pochodni, jawi się olśnionym oczom. Rustan wydaje okrzyk, ludzie jego padają na kolana, przeginają się ze zdumieniem wstecz, krzycząc: — Cud! — i powiadając: — Rustan jest ulubieńcem Wisznu5, ukochanym przez Brahmę6, będzie panem świata.

Sam Rustan wierzył w to; był jak nieprzytomny, w głowie mu się kręciło. — Ach, Hebanie, mój drogi Hebanie, gdzieżeś jest? Czemu nie jesteś świadkiem wszystkich tych cudów? W jaki sposób cię straciłem? Piękna księżniczko Kaszmiru, kiedyż ujrzę twoje wdzięki?

Zapuszcza się ze służbą, słoniem, wielbłądami w skalisty korytarz; przebywszy go, znalazł się na łące usianej kwiatami, okolonej strumieniem; na skraju łąki widniały cieniste aleje ciągnące się w dal; na końcu tych alei rzeka, wzdłuż której wznoszą się setki ślicznych domków wśród rozkosznych ogrodów. Rustan słyszy wszędzie dźwięki głosów, instrumentów; widzi pląsy, spieszy, aby przebyć most rzucony przez rzekę, pyta pierwszego spotkanego człowieka, co to za kraj.

Zagadnięty odpowiada:

— Jesteś w krainie Kaszmiru; widzisz oto mieszkańców oddanych weselu i uciechom. Obchodzimy zaślubiny naszej pięknej księżniczki; wychodzi za pana Barbabu, któremu ojciec ją przyrzekł. Niech Bóg darzy ich wiecznotrwałym szczęściem!

Na te słowa Rustan padł zemdlony; szlachcic kaszmirski myślał, że cierpi na wielką chorobę7; kazał go zanieść do swego domu, gdzie Rustan długo leżał bez zmysłów. Posłano po dwóch najbieglejszych lekarzy: zmacali puls chorego, który odzyskawszy nieco przytomności, szlochał, przewracał oczyma i wołał co chwilę: — Topazie! Topazie! Jakżeś miał słuszność!

Jeden z lekarzy rzekł do kaszmirskiego szlachcica: — Poznaję z akcentu, że ten młodzieniec jest z Kandaharu; klimat tego kraju nie służy mu, trzeba go odesłać do domu. Widzę z jego oczu, że oszalał; powierzcie mi go, odwiozę go do ojczyzny i uleczę go.

Drugi lekarz twierdził, że jest chory tylko ze zgryzoty, że trzeba go zawieźć na wesele księżniczki i dać mu się wytańczyć. Podczas gdy się naradzali, chory odzyskał siły. Odprawiono lekarzy i Rustan został sam z gospodarzem.

— Panie — rzekł — daruj, żem zemdlał w twojej obecności; wiem, że to niegrzecznie; błagam, zechciej pan przyjąć mego słonia w odpłatę względów, którymi mnie zaszczyciłeś.

Opowiedział następnie wszystkie swe przygody, nie wspominając wszelako nic o celu podróży.