Ma on od czasu do czasu okrutnych nieprzyjaciół we Francji, ale ma tylu przyjaciół, że trzeba go będzie w końcu zrobić pierwszym ministrem.

Kiedy się pojawił w Bawarii i Austrii, natknął się tam na parę łbów w peruce, które patrzyły nań tępym i zdumionym wzrokiem. Rzekli doń: „Panie, nigdy nie słyszeliśmy o pana; nie znamy pana”. — „Panowie — odparł Rozum — z czasem poznacie mnie i pokochacie183. Przyjmują mnie bardzo uprzejmie w Berlinie, w Moskwie, w Kopenhadze, w Sztokholmie. Od dawna już, dzięki wpływom Locke’a, Gordona, Trencharda, milorda Shaftesbury184 i tylu innych, otrzymałem prawo obywatelstwa w Anglii. Przyznacie mi je pewnego dnia. Jestem dzieckiem Czasu i pokładam niezłomną nadzieję w swoim ojcu”.

Kiedy przekroczył granice Hiszpanii i Portugalii, błogosławił Boga za to, że stosy Inkwizycji nie płoną już tak często; powziął najlepsze nadzieje, widząc, iż wypędzono jezuitów185; ale obawiał się, aby oczyszczając kraj z lisów, nie wydano go wilkom.

Jeżeli podejmie jeszcze raz próby dostania się do Włoch, zacznie zapewne od Wenecji, zawadzi też o Neapol, mimo tamecznych skraplań186, które przyprawiają go o mdłości. Podobno ma on niezawodny sposób, aby odczepić sznurki korony, które zaplątały się nie wiadomo jak w tiarę187, i aby wstrzymać mierzynów188 od składania czołobitności mułom.

Słowem, rozmowa z panem Andrzejem działa na mnie bardzo krzepiąco; im lepiej go poznaję, tym bardziej go lubię.

XV. O dobrej wieczerzy u pana Andrzeja

Wieczerzaliśmy wczoraj z pewnym doktorem Sorbony, z głośnym żydem panem Pinto189, z kapelanem protestanckim ambasadora Batawii190, z sekretarzem księcia Galicyna191 (obrządku greckiego), z kapitanem szwajcarskim kalwinem i z trzema światłymi i uroczymi damami.

Wieczerza ciągnęła się długo, mimo to nie dysputowano o religii, jak gdyby żadnego z biesiadników nic nie obchodziła: tak bardzo, trzeba przyznać, ucywilizowaliśmy się, tak bardzo każdy się lęka sprawić przy wieczerzy przykrość swoim braciom! Nie tak poczyna sobie regent Cogé i eks-jezuita Nonotte, i eks-jezuita Patouillet, i eks-jezuita Rotalier192, i inne tego rodzaju dwunogi. Te chłystki zmieszczą więcej głupstw w broszurze o dwu stronicach, niż elita Paryża może powiedzieć miłych i pouczających rzeczy podczas wieczerzy trwającej cztery godziny; a co znamienne, to iż nie śmieliby nikomu powiedzieć w oczy tego, co mieli bezwstyd drukować.

Rozmowa kręciła się zrazu koło żarciku z Listów perskich193, gdzie autor powiada, zgodnie ze zdaniem wielu uczonych, iż świat nie tylko pogarsza się, ale i wyludnia z każdym dniem, tak iż jeżeli przysłowie francuskie „Im więcej szaleńców, tym więcej śmiechu” zawiera coś prawdy, śmiech będzie niechybnie wygnany z ziemi. Doktor Sorbony upewnił, że w istocie ludzkość stopniała niemal do zera. Przytoczył ojca Petau194, który wywodzi, iż w niecałe 300 lat jeden jedyny z synów Noego195 (nie wiem, czy to Sem czy Jafet) wywiódł ze swoich lędźwi196 serię potomstwa wynoszącą 623 612 358 tysięcy wiernych, a to w roku 285 po powszechnym potopie.

Pan Andrzej spytał, czemu, za cesarza Filipa Pięknego197, to znaczy w trzysta lat blisko po Hugonie Kapecie198, nie było 623 miliardów książąt krwi królewskiej. „Bo wiara zmalała” — odparł doktor Sorbony. Wiele mówiono o stubramnych Tebach199 i o milionie żołnierzy, którzy wychodzili tymi bramami wraz z dwudziestoma tysiącami rydwanów wojennych.