— Osoba udziela się wyłącznie ze strony artystycznej — komentował ją poważnie Müller.

Kunickiemu zdawało się, że jest pijany; chwytał czym prędzej za czapkę.

Salwy śmiechu zgłuszył nagły wrzaskliwy pisk z głębi teatru.

Światło gaśnie, unosi się kurtyna; scena pusta, a zza kulis drą się ostre, przeraźliwe głosy. Wreszcie wypadają trzy pstrokate potwory w spiczastych czapkach, przypadają do rampy i uderzają się nawzajem w twarz. Olbrzymie karminowe pyski na kredowych maskach wykrzywiają się szeroko i wyrzucają z siebie ochrypły, gardłowy śmiech.

Hehehe!!...

Posypały się oklaski.

The fashionables108 — odczytywał Jelsky w afiszu.

Kunicki trzasnął drzwiami i przygłuszył na chwilę wybuchy śmiechu w loży.

— Wina! — krzyknął nagle Müller. — Stimmung109 jest zbyt głupi, aby go można wytrzymać po trzeźwemu. Jeżeli nie będziemy pili, lada chwila beknie tu jakaś owca sentymentem.

— Hertenstein — wina! Wina! — krzyczano, bębniąc laskami w podłogę.