Nietoperze rojem

Resztę krwi mej piją.

Czego chcesz ty?!...

Na twej białej piersi

Skonać czarną żmiją!...

I padły te słowa, jako zgrzyt pękniętej struny. Te blado i bezwładnie rozchylone usta, ten nieuchwytny wyraz nie wiadomo: smutku kobiety czy cynizmu aktorki!...

Osunęła się zasłona.

I cisza była. Na korytarzach tylko gdzieniegdzie warczał gaz i dziwnie odbijał się echem turkot powozów na ulicy. Zdawało się, że tamtędy ciągną jakieś kondukty pogrzebowe.

„Co to było?” — pytał samego siebie ten i ów trzeźwiejszy. Lecz oto pada pierwsze klaśnięcie jak strzał — oklaski bić zaczęły gradem o pułap, toczyły się, jak grzmoty: runął łoskot, wszczął się krzyk i tumult. Gdzieniegdzie ponad tłum wyrzucały się rozpaczne ramiona ze złożonymi do oklasku dłońmi lub ukazywała się głowa z okrągłymi oczyma i szeroko, jakby w przestrachu, rozwartą gębą. Ryczała, pieniła się ta szalona fala przypływu gromadnej duszy. Czuć było pot ludzki — tłum śmierdzieć poczynał.

— Jezus Maria, Borowski?! — krzyknął nagle Hertenstein i rzucił się na brzeg loży, by go wpół pochwycić. — Bój się pan Boga, kto słyszał się tak wychylać!?...