Jelsky stał na froncie loży dziennikarskiej, na wprost sceny. Kiwnął przyjaźnie dyrektorowi teatru i, wyjąwszy machinalnie gazetę z kieszeni, uderzał nią o parapet loży, spoglądając niedbale na kłębiący się u nóg jego tłum.

— Przepotężna! — zaśmiał się z tryumfem i rzucił numer gazety na głowy inteligentnego motłochu.


Wsparty na ramieniu Jelsky’ego, wlókł się ciężko do domu; co chwila przystawał i oglądał się trwożnie poza siebie. „Pluń na te zmory!” — uspokajał go kilkakrotnie Jelsky.

Zagrodziły im drogę długie, ślisko wydeptane stopnie, wystające z równego szeregu kamienic. Borowski zapatrzył się na potężne, omszałe kolumny i na barokowe posągi w niszach.

— Nie pójdę! — zawołał nagle i przysiadł na stopniach kościoła.

— Chciałeś, żeby cię do domu odprowadzić?

— Bodajbym był przeklęty!

— Eh! — skrzywił się Jelsky. — W taki melodramat wpija się pierwszy lepszy cham gorzałką.

— Ja jestem trzeźwy.