— Nie, Władek, wróć się lepiej, bo ja się czegoś boję...
Borowski wysunął się cichaczem do sieni. Jelsky siedział na schodach; urządzał sobie iluminację z woskowych zapałek i wygwizdywał piosnkę Yvetty o rozdartym serduszku.
— Jelsky?
— No?
— Władek! — wołał z wewnątrz kapryśny, senny głos.
— No — Jelsky gasił po kolei świeczki — to było do przewidzenia, że ty efektu nie darujesz.
Podsłuchiwali pode drzwiami: miękki plusk bosych nóg o podłogę, a potem nagły krzyk:
— Władek!!...
Borowski biegł na dół, przeskakując po kilka stopni. Jelsky stał w sieni i nadsłuchiwał; rozrzewniało go to pluskanie bosych nóżek o podłogę. „W koszulinie biedaczka biega”. I znowuż krzyk, tylko tym razem cichszy, niespokojny, poczuciem samotności lękliwy! „Gotowa sobie co złego zrobić — pomyślał Jelsky. — Właściwie, wystarczyłoby w tym miękkim serduszku zbudzić anarchię uczuć, aby...”. — Usłyszał w tej chwili ciężkie osunięcie się ciała na ziemię.
Ujął za klamkę: drzwi stały niedomknięte.