— Ano!... — mruknął. — Zgasił zapałkę, zdjął grzecznie cylinder i wśliznął się na palcach do przedpokoju.
Końca tej drodze nie widać! Nogi drętwieją, grzbiet w pałąk się zgina, głowa ciężko na piersiach zwisa; — ciało się nie dowlecze... Żółta smuga blasku od kinkietów zastygła jakby i omartwiała w ciszy — i ta ścieżka tuż przed rampą — długa, równa, nieskończona... I dokąd ta droga wiedzie?... Pary czarnych, lśniących w ciemności, wielkich, okrągłych oczu... „Ile ich tu jest dzisiaj” — dziwi się Borowski. — Dech ich zaparty, pierś ciekawością przytłoczona... I oczy! — setki, tysiące oczu wlepia się w niego żądnie, chciwie i ssie mu z piersi krew serdeczną... Idzie wciąż, wlecze się bez końca; dźwiga na sobie jakiś ciężar, co go lada chwila o ziemię rzuci... Padnie, zwali się!... Wszak te oczy wszystkie na to tylko czekają: padnij! Padnij!... Zwal się i krwią nam w oczach zabrocz!
I dokąd wiedzie ta droga?... Przez kłamaną scenę życia na serdeczną scenę... Boże mój, Boże litościwy!...
Nagle głuche łkanie wyrzuciło się skądciś echem i padło mu jak kamień pod nogi. — Potknął się!... Zmógł się i dalej idzie... Oczy! Oczy! Oczy!... „Władek, Władek mój!” — załkało po raz drugi. — Potknął się!... W kamiennej ciszy wyczekiwania napięta struna gromadnej duszy ludzkiej już huczeć poczyna: pęknie lada chwila. Oczy! Oczy!... „Władek, ci artyści uczynią ze mnie dziew...!” — Potknął się, zatoczył i runął na ziemię.
— Brawo, Borowski!... Bis!...
I wre, huczy, przelewa się ten zgiełk. A potem sykania: „Cii!... — Dosyć, Borowski! Niech błazny teraz idą!” — I wpada ta trójka w spiczastych czapkach, o kredowych pyskach i wielkich karminowych wargach: wrzeszczy, skamle, szczeka i przeskakuje przez niego ze śmiechem: „Hopp!”... Oklaski, brawa i śmiech błaznów:
— Hehehe!...
Ocknął się i dźwignął ciężko z ziemi. Pusto było na trotuarach. Podwójny szereg żółtych latarni zamykał się klinem, hen, w dalekiej perspektywie. Ponure, senne mury wyrzucały na cichą ulicę nie samotne echa jego kroków, lecz za każdym stąpnięciem głuche, stłumione łkanie.
Płacz, Zocha — płacz!...