Ponad miastem, na chmurach, drgała krwawa, żywa, tętniąca łuna jakiegoś pożaru, zasnuwały ją czarne kłębiska buchającego dymu. A jednak cisza i pustkowie naokół — wielka cisza panowała o tej porze na mieście.

...A tam — znowuż scena! Tym razem gdzieś w ciemnych wyżynach, pod gwiazdami, hen! Ten oślepiający żar kinkietów, ta płonąca blaskiem plama na tle czarnej, gęstej, przepaścistej głębi nocy! — I oni wszyscy zwlekają się tam po kolei — żywi, jaśni, promienni — pławią się w blaskach!... Oto wloką się bez celu oni — młodzi! — Smutni, błędni, z krwawymi przepaskami na oczach, z wyrazem niemocy na bladych twarzach; bezsilne ręce przed się wyciągają. „I tyżeś nas opuścił, Borowski! — Ty, piersi naszych jęku, niemocy naszej głosie!...”.

— Przeszli — minęli... Tam w głębi kłębią się ciemne dymy i krwawią łuny pożogi; długim grzmotem tłumnych rozgwarów przebiegają ciężkie szeregi, słychać nieustanny suchy trzask, huk straszny i trąbki ciche, natarczywe granie. Marsz! Marsz!... I oto „leci z szablą pan mój stary — złoty jak kudłaty lew”... Zasnuły go dymy, pochłonęła kurzawa... Z dymu wyłania się starzec, krwawego trupa na lewym ramieniu dźwiga, prawą ręką lirę do piersi tłoczy. „Gdzie walki jego echo? Gdzie czynów jego spiżowy dzwon?”... I minął starzec, jak mija przeszłości krótkie wspomnienie... — Lecz oto wpada drugi, rozwichrzonym włosem twarz przysłania, stryczek tylko na szyi widać. Poznał go Borowski i jękiem powitał. „Synu, gdzie życia mego ślad, gdzie głos i skarga tych, co umarłych wskrzeszają, z żywymi cierpią, a przez sennych tratowani — giną? Gdzie są tłumu dzisiejsze ofiary? Gdzie mojej, gdzie twojej, gdzie naszej doli skarga i bunt? — Synu! Synu! — Synu mój!”.

I zdawało się Borowskiemu, że to jaśnienie w górze błogosławieństwo promienne na potępioną głowę mu zsyła; tęsknota poczuciem mocy piersi mu rozszerza i ptakiem rwie się w górę — tam do nich! Prostują się zdrętwiałe skrzydła, szeroko zagarnęły sięgi — oto z ziemi się podrywa, w powietrzu bokiem się kołysze i orłem do nich leci.

„Właduś, Właduś! Władek mój!”

— Słyszę cię, Zochna, słyszeć będę póki życia...

bo w sercu mym, choć je ukoję,

brzmieć będą drogie łkania twoje,

jak bęben, gdy gra do ataku!... —

Ponad miastem gorzała łuna pożaru.