Jelsky nie orientował się, o co idzie; mrużył oczy, głową zaprzeczał. Wreszcie:

— Prawda, prawda — posłaniec. Przyszedłeś obełgać?!... No, mów, mów! Biłeś się, gdzie nie było potrzeba i teraz nie masz co jeść.

— Ja dla pana tu jestem. Cały dzień mi pan z głowy wyjść nie chce. „Pójdę — myślę — i powiem mu, co mam na myśli. Stary ja człowiek, rodak — może mnie i posłu­cha. Pójdę i powiem mu: Grzech, grzech, panie Jelsky, ta­kie myśli!”

— Jakie myśli?... Więc tyś z rana już odgadł?

— Kto by nie widział!

Jelsky patrzał na niego pochmurnie.

— Wytłumaczże203 mi, czemum ja204 własnych myśli nie widział?

— Są rzeczy, które sercem tylko się widzi.

Jelsky opędzał się jakimś myślom dłonią.

— Głupiś! — rzucił mu krótko w odpowiedzi.