„Jedyną bronią przeciw fatum naszego życia jest dobra gra; ta na wpół już tylko świadoma zdolność oszukiwania ludzi i siebie aż do ostatniego tchnienia. Was, bracia artyści, uczyć tego nie potrzeba: w tym sztuka nigdy nie zawodzi: odbiera duszę, daje »rolę«. A więc, kanalie: evviva l’arte210!”
Część trzecia
Uroczysta cisza panowała tu na wzgórzu w okolicach willi von Hertensteina. Miasto na podolach, zobłoczone dymem, przysłonięte rdzawą łuną, rzucało w tę stronę głuche, zrywane i ponure zgiełki. Zresztą panował tu spokój prawie uroczysty. Życie ukrywało się poza ogrodami, wewnątrz murów cichych, prawie sennych, życie odosobnione, dumne, trwożliwie unikające wszelkiego natręctwa. Surowe sztachety odgradzały je od bruków zadrzemanej i nudnej ulicy. Czasami potoczył się lekko powóz, parsknęły konie, poniosło echo długie wołanie. Zatrzasnęły się po chwili wrota i znów niezmącona uroczysta cisza, cisza samotności, dumy i wzgardy.
Müller przychodził powoli do siebie u Hertensteina. Łagodny spokój pieścił go ciszą, darzył dobrym, kobiecym prawie wyrozumieniem. Hertenstein leżał opodal na długim i niskim fotelu, kołysał się na jego biegunach i rzucał od czasu do czasu krótkie, badawcze spojrzenia. Milczeli obaj. Müller, wtulony w kąt otomany, pobrzękiwał na strunach jakiejś mandoliny, czasami sięgał po wino na stole, to znów uderzał w struny, grał, brzdąkał. Po pokoju wałęsał się ogromnie wysmukły, soplami długich białych włosów okryty chart. Co chwila podchodził do Müllera, kładł mu na kolana długi pysk i wpatrywał się w niego smutnymi oczyma kobiety. Gdy Müller grać przestał, pies na bok odchodził, kładł się u nóg swego pana, wyciągał łapy sztywno przed siebie, mrużył ciężko oczy i drzemał, wstrząsając się od czasu do czasu jakby pod zmorą snu przykrego lub rojem dokuczliwych wspomnień.
— Jaki on wrażliwy!...
— Suka — bąknął Hertenstein, nie przestając się kołysać.
Müller odrzucił instrument w drugi kąt otomany, głuchy pobrzęk strun obudził psa: uniósł łeb, obejrzał się i już oczy zamykał, zanim głowę do snu ułożył. Po chwili znowu łeb uniósł i spojrzał bystro na swego pana. „Mówcie cośkolwiek” — zdawał się niepokoić.
Hertenstein podniósł się powoli i nalał wina.
— Pij!