Uśmiechnęli się ku sobie, jak ludzie bardzo zmęczeni i sięgnęli po kubki.
— Niebrzydka — mówił Müller, obracając czarkę w dłoni. I wnet potem bez żadnego przejścia: — Prawdopodobnie przyjdzie i na ciebie kolej niebawem. — (Roześmiał się sucho). — Przecie to z Jelsky’m niedługo potrwa. A ktoś zająć się nią musi.
— Szukaj brutalniejszych — odparł mu spokojnie i osunął się na fotel — albo bardziej egzaltowanych. Ja w gąskach nie umiem odkrywać skarbów poezji. „Wyzwolenia” szukać już dawno przestałem u kobiet.
Müller rzucił się tylko na otomanie, ale nic nie odpowiedział.
— Gdzieżeś ty spał wczoraj?
— Na plein air’ze211.
Hertenstein wzruszył ramionami. Po chwili zaś, rzuciwszy nań okiem:
— Pij!
I znowuż milczeli długo, uparcie. Pies zadrżał raz po raz we śnie, czasami łeb zadzierał, prężył swe długie, cienkie nogi i szyję jakby w bólu w tył odrzucał. Nagle zerwał się i przegięty w sobie, jakby garbaty, dreptał cicho po dywanie, snuł się jak cień po kątach.
— Cisza tu u was... Smutek, ale jakiś niespokojny. Za daleko od życia.