— Gdzie bądź, w jakiś najciemniejszy kąt, z dala od ludzi. Widzisz, i tu nawet nie mogę. Człowiek, stworzenie, sprzęt każdy ma dla mnie jakiś grymas niepewności i lęku, trwogi czy złej wróżby. Niepokoi mnie wszystko, na co spojrzę, i wydaje mi się, że wszystkiemu, na co popatrzę, ten niepokój udzielać się musi. Kunicki powiada, że to od picia. Ja przesycam wprost atmosferę tym przenerwieniem, w krótkim czasie potrafię zatruć nim każde miejsce, gdziekolwiek spokoju szukam. Po prostu wierzę, że to się nawet martwym przedmiotom udziela. Gdy sam w pokoju jestem, gotówem przysiąc212, że tak jest. Chociaż Kunicki powiada...
— Głupi jest ten twój Kunicki — wtrącił chmurnie Hertenstein. — Mów!
— Widzisz, to przychodzi w chwilach dusznego oniemienia i bezwładu, kiedy myśl nawet staje, a instynkt krzyczy: „ludzi! ludzi!” — ciepła ludzkiej dłoni, ciepła ludzkiego oddechu... Borowski to rozumiał, sam miewał; powiadał, że to ona jest: zmora życia. Ja myślę, że to jest jeszcze nieuświadomiony paniczny lęk samego ciała przed pustką w sercu, w duszy: co wolisz. Horror vacui213 — wiesz? Na Borowskiego nieraz to przychodziło. Wówczas zrywał się, biegł do niej, tulił się, krył się twarzą w jej piersiach i krzyczał, że się śmierci boi.
— A ona przepłaszała nawet widmo śmierci?
— Tak — odparł Müller z jakąś ponurą powagą.
— Bagatela! — skrzywił się Hertenstein. — Czego te cudotwórczynie nie potrafią! I czego my od nich nie wymagamy! A one tak mało mają do rozdania od siebie, a tak wiele ze skarbca naszej wyobraźni. Wyobraźni! — powtórzył z naciskiem, patrząc Müllerowi twardo w oczy. — Bo nie chcesz chyba stać się śmiesznym i mówić poważnie o uczuciu. Podniecenie wyobraźni, jej pęd niepowstrzymany i szał wreszcie. W tym mieści się klucz do zagadki, dlaczego gęś stać się może przeznaczeniem dla takiego jak ty człowieka... „Przeznaczenie!” — „wyzwolenie!” — za dużo się tego dziś słyszy. Afrodyte214 z nas się śmieje.
— Mówisz jak Jelsky — żachnął się Müller. I wodząc dłonią po czole, z trudem jakby zmuszając się do mówienia: — Zbyt mało obchodzą mnie dziś twe porównania, ale jeśli chcesz koniecznie, to oprócz Afrodyty jest jeszcze Astarte215.
Hertenstein, głaszcząc długi łeb psa, spoczywający na jego kolanach, mówił spokojnie:
— Zlituj się, to była bogini tych na wpół gołych bestii o płaskich, lubieżnych twarzach, o hebanowych w kwadrat ciętych brodach, w których tonęły usta i policzki, bestii o posągowych goleniach i czarnych kudłatych piersiach, potworów strojnych w szkarłat i złote obręcze. Przedstaw ich sobie tylko i przejrzyj się w lustrze: nie wskrzesisz. Przecież w tych czarnych, sytych, rozleniwionych w tropikalnym słońcu panterach fermentowało jak w podzwrotnikowych trzęsawiskach? Przecież w małych czaszkach tych brązowych kudłatych diabłów lęgła się tylko potworna, dzika, chaotyczna wyobraźnia? Przecież te ogniste ślepia, zmrużone pod wiechami brwi, nie dorosły pono216 jeszcze do błękitu? Baal217 miał za wielką paszczę, aby mógł mieć wystarczający dla boga mózg, Astarte za mało ducha jak na swe milionowe chucie. W walce bogów zgubiła ich gnuśność niższej rasy, zwyciężył intelekt... Poszukaj sobie innych bogów, mój drogi.
Müller słuchał w roztargnieniu. Podniósł się ciężko, i, ukrywszy się w okiennej niszy za firanką, kreślił coś palcem na szybie.