Müller milczał przez długi czas.

— Przyjemnie tu u ciebie — rzekł wreszcie — pachnie miło, wino masz przednie, mówisz interesująco o bogach i o śmierci. — Ale ja...

— Co — ty?

— Jestem złym towarzyszem dzisiaj... Ja mam umrzeć za kilka miesięcy.

Hertenstein zatrzymał bieguny i zerwał się sprężyście, ale w tejże chwili stanął w zakłopotaniu, nie wiedząc, czy zbliżać się do niego i jak to uczynić. Wyprzedził go pies: poskoczył do Müllera, rzucił mu się łapami na piersi i wy­ciągał pysk.

— Jaka ta suka jest dobra, wrażli...

Zadrgało coś, złamało się w jego głosie; w jednej chwili poczerwieniał jak rak.

— Bój się Boga, wyrzuć tego psa, bo ja się rozbeczę!...

Hertenstein uderzył psa ręką.

— Poszła! — krzyknął gniewnie. — To już płeć ma to do siebie, ten sentyment — mówił w zakłopotaniu i wich­rzył włosy. — Ale! — krzyknął nagle i rzucił się do biurka. — Mam dla ciebie nadzwyczajne cygaro!... — (Przy biurku za­trzymał się jednak znowu w zakłopotaniu). — Nie chcesz może?... A gdyby tak rzeczywiście nargile — co?