— Widzisz, Henryk, ty może niesłusznie... może ja do tych jej dłoni o dar dobroci, spokoju... Tak, o spokój, o tę ludzką możność śmierci!... Potem w wyobraźni wyszło co innego... Ale my o tych pierwszych, najszczerszych drgnieniach nigdy nic nie wiemy, my zwłaszcza.
Hertenstein potakiwał gwałtownie i pośpiesznie, potakiwał wtedy jeszcze, gdy Müller przestał mówić i wyciągał z zanadrza garść białych, pomiętych kwiatów.
— Co to? — ośmielił się zapytać.
— Brud, kał, życie! — bąkał Müller.
I w nagłej, niepamiętnej pasji począł te kwiaty wciskać, wcierać sobie w twarz. A potem odrzucił je precz ze wstrętem.
— Pyf! — krzyknął na psa.
Hertenstein energicznym ruchem powtórzył psu ten nakaz i otarł sobie pot z czoła.
Chart skoczył, pośliznął się po podłodze, dopadł zębami do kwiatów i w jednej chwili roztargał je na strzępy.
Zdawało mu się, że leży w czerwonej grocie: to płonące za purpurowym abażurem światło przenikało wszędzie cichym, uroczystym spokojem bajki. Wzrok jego, odurzony tym równym zalewem czerwonego światła, błąkał się sennie, szukał jakby oparcia i wytchnienia dla myśli. Natrafił na głowę kobiety na portrecie: twarz białą, chmurną, o wysokim, jasnym czole w ciemnym mahoniu włosów.