„Aha!” — pomyślał i przeniósł oczy na Hertensteina. Jego spokojne, zgaszone prawie wejrzenie, mleczna, prześwietlona bladością twarz, zastanowiły go na chwilę. Kilkakrotnie przenosił wzrok na portret i już chciał go o coś zapytać, gdy Hertenstein powstał gwałtownie i odwrócił się tyłem do niego.
Po chwili wydało mu się, że słyszy, jak woda gdzieś cicho pluszcze; widzi, jak się przelewa z wolna i mąci na kamieniach lekką białą pianą. Jakieś dwa potężne granitowe złomy, ociekłe wodą, białe od śniegu, jakieś przytulone do siebie czarne cyprysy, jakieś małe, czarne wyłomy w masywie skały: oczy smutku spozierające tajną głębią grobów...
„Obraz” — oprzytamniał siebie w tym półśnie.
O, już tylko móc umrzeć, cicho, spokojnie, bez żalu i skargi, jak płomień, co zamiera... Zapomnieć, co było. Wziąć rozgrzeszenie z rąk najlepszego z bogów: niepamięci. I zgaśnie to wszystko wokół, jak lampa, co się wytliła. Raz i drugi świadomością wielkiego żalu błyśnie i... Zamknie się grota. A ta skała potworna zwali się głucho na piersi...
Rzucił się na kanapie i otworzył oczy.
— Henryk, co to?!...
— Koncert E-mol. To larghetto — wiesz?...
— Dosyć — nie to!... Nie mogę dziś.
Hertenstein urwał, po chwili jednak rzucił kilka taktów, szukał melodii.
— Pamiętasz?