— Było już raz — przerwał mu Müller, zanim toast zdążył wypowiedzieć. — Było wczoraj w kawiarni. Że też ty zawsze do jednego wracasz!... Ma się niemal wrażenie, że w tych ogólnikach opowiadasz coś ze swego życia.
Chwilowe podniecenie Hertensteina oddziałało i na niego.
— W czyje ręce zresztą? — pytał dalej. — Turkuła nie ma. — Ty — zwrócił się do charta — chcesz żyć?
Pies szczeknął, wyskoczył zza fortepianu i już się łasił, już merdał ogonem.
— Ona „potwierdza bytu chęć” — wygłosił Müller patosem książkowym. — Niech żyje Venta!
Trącili się kubkami. Müller wypił duszkiem i w tejże chwili zamachnął się z pasją, aby rzucić misterną czarkę z całych sił o ziemię. W porę schwytano go za rękę.
— Jest i cham! — Hertenstein odstawił kubek ostrożnie. — Rzeczy wykwintu są jak piękne kobiety: nie znoszą desperatów.
— Przypominasz w tej chwili Jelsky’ego — skrzywił się Müller. — Ale ty bodajże jesteś niebezpieczniejszy od niego.
— Jelsky... Jelsky... — Hertenstein wyrzucał kręgi dymu pod sufit. — Jelsky jest problemem (bo on lubi problemy): odmówiła natura narkozy sztuki, morfinizuje się cynizmem, jakby w przeczuciu, że skutek będzie ten sam.
— Mianowicie?