— Pustka.
Müller aż się naprzód pochylił, zapatrzony podejrzliwie w Hertensteina.
— Dokąd ty zmierzasz?
— Ja już od dawna nigdzie nie zmierzam. — Machinalnie, niemal automatycznie wodził dłonią w powietrzu, głaskał wciąż jeszcze nieobecnego już psa. (Chart w kłębek zwinięty drzemał już pod fortepianem).
— Czy ty przywiązałeś się w życiu tylko do psa?
— I do sztuki — zaśmiał się krótko w okłębie dymu, a ręka bez przestanku głaskała delikatnie powietrze.
— Henryk?
Milczał. Ramię wysunięte poza poręcz kołysało się uparcie, miarowo, jak wahadło.
— Henryk?! — nie wytrzymał Müller i targnął go silnie za ramię.
Podniósł na niego oczy i próbował się uśmiechnąć. A że uśmiech nie złożył się, więc, zagryzłszy wargi, zerwał się na nogi i schwycił za kubek. Wina w nim nie znalazł, zniecierpliwił go i ten drobiazg nawet. Sięgnął gniewnie po dzban.