— Słuchaj — mówił twardo, niecierpliwie — jeżeli to wszystko jest twoją prawdą wewnętrzną, jeżeli ty nie chcesz korzystać z tego głupiego urlopu kilku miesięcy, jakiego ci udziela natura... — Koniec końców, jeżeli dostatecznie przemyślałeś te rzeczy, przyjdź do mnie: pomyślimy nad tym razem. Może się znajdzie lekarstwo dla nas obu.
Napił się wina, otarł starannie wąsy i wyjął z kieszeni od kamizelki małą szklaną rurkę zatopioną z obu końców.
— Co to?
— Nie krzycz... Upas Antiar220.
— Prędko?
— Nie o to idzie. Działa powoli, łagodnie, ale pewnie. Strzały tym zatruwano.
Müller ukrył twarz w dłoniach; gdy ją uniósł, był bardzo blady, wargi mu zmiękły, a oczy mrużyły się, jakby pod światło.
— Dobrze, że się tak stało, żeśmy się zmówili. Są myśli, słowa nawet, które trzeba koniecznie głośno wypowiedzieć, aby nas straszyć przestały. Przy twojej woli...
— Ja nigdy nie miałem woli — przerwał mu Hertenstein opryskliwie i niechętnie.
— Więc przy — rezygnacji... Rozumiem... — przerwał sobie nagle własne myśli. — Na ogół ja miałem wolę — ale wola jest narzędziem życia, jego chęcią właśnie... Potrzeba mi twojej większej mądrości. Może znajdę tę moc wewnętrzną, co da mi spokój nawet w takiej chwili.