— Więc już nie chcesz jej szukać u kobiety — skrzy­wił się Hertenstein — nawet u Zosi Borowskiej?

— Ach! — Müller machnął ręką. Wnet potem chciał coś powiedzieć: już mu się zaiskrzyły oczy, zadrgała ruchliwa twarz, nerwowe ręce gotowały się do gestów; gdy wtem błyskawica wspomnień skłóciła widocznie zamiary: opadł w sobie, głowę na piersi zwiesił.

W pokoju zapanowała ta przyczajona cisza godzin wyrocznych, chwil trwożnego oczekiwania, tajonego lęku, cisza, rzekłbyś, nierówna, jak owo, w podobnych godzinach, od czasu do czasu jawne, choć w rytmie skłócone cykanie kieszonkowego zegarka. Nocny ptak wpadł, zda się, do po­koju i w błyskawicznym, bezszelestnym locie rzuca się krzy­żowo w przestrzeni, nie dotykając ścian i sprzętów: odbija się bezgłośny o warstwy powietrza.

Hertenstein oglądał, wąchał i ćmił swe cygaro; oglą­dał, obracał w dłoni i podziwiał po tysiączny raz misterny kubek do wina; wreszcie zagłębił się nad słupem popiołu za­wisłym u cygara: badał z początku pilnie i ciekawie, potem uparcie; wreszcie z oczyma chmurnie utkwionymi w ten słup popiołu na cygarze, zastygł jakby i znieruchomiał. Pies, zwi­nięty pod fortepianem w biały futrzany kłębek, głowy wpraw­dzie nie unosił, ale miękkie uszy od czasu do czasu prężył, wyrzucał w górę, strzygł nimi i pomrukiwał coś z cicha. W tym półśnie zadumy swojej wzdychał kiedy niekiedy głę­boko i ciężko.

— Widzisz... przekonaj się... — zaczął Müller zgnębio­nym głosem prośby czy też skargi i podniósł twarz żółtą w tej chwili i lśniącą jak wosk, z nabiegłymi sznurkami si­nych żył na skroniach. — Widzisz... ta drobna, wątła, w dot­knięciu tak przedziwnie poczciwa, chłodna jej ręka, jak wonny płat kwietnego kielicha na rozpaloną skroń... Samo to przyszło, niewołane. I przez cały ten czas o tym tylko myśleć, to tylko czuć i widzieć musiałem... A to poczucie, silniejsze od wspomnienia, zostało mi do tej chwili wonią, miękkością, chłodem na lewej skroni... Od moich i twoich myśli tak mnie, poczciwa, uratować chciała. Bezradne są jej myśli wobec naszych...

— Tak? — ocknął się Hertenstein krótkim zapytaniem i strącił popiołowy słup z cygara. — Ha! — odezwał się od razu zerwanym i nieszczerym śmiechem. Wreszcie zapalił zga­słe cygaro i podniósł głowę. Spojrzawszy uważnie, zmarszczył brwi i zerwał się z krzesła. Rzucił niespokojne wejrzenie poza siebie; po chwili jednak rzekł cicho z twardym naciskiem:

— Ślad jest na skroni!

— Co!?

Müllera jakby prąd przebiegł: rzucił się jak szczupak w fotelu. W splecione dłonie przypadł czołem, a wargi za­drgały mu nagle kurczowo.

— Tutaj?... Teraz?... Widzisz: była! — Przyszła!...