Hertenstein ujął go mocno za bary.

— Zerwij nić tę! Słyszysz — zerwij! W pokoju nie ma nikogo. Rzuć myśl gdzie indziej.

Müller zaprzeczał tylko poruszeniem głowy, zaprzeczał długo ze smutnym uporem chorego dziecka.

„Była... Przyszła, cicha, swą lepszą, niezniszczalną cząstką i tą boską mocą łagodności bezmiernej”...


Zmuszony, napił się wreszcie wina i zapalił papierosa. Przemagał się: zbierał i skupiał myśli, wymykające się śla­dami uczuć z ogniska świadomości. Wreszcie zaczął na pozór spokojnie:

— Widzisz, Henryk, takie czucie to straszny krzyż w ży­ciu. Ono największą moc ducha w końcu przetrawi... We wszystkim tak! — Wszędzie i zawsze. I z ludźmi!... Pomyśl tylko, czy może żyć z ludźmi taki, co spod słów, spojrzeń, ruchów i milczenia wyławia — nie cudze myśli (te zawsze dla nas giną), ale to, co się przez skórę jedynie wyczuwać daje: te płomykowe, na wpół świadome, przelotne, błędne, dla większości zwykle nikłe odruchy prawdziwych wewnętrznych emocji, co kłócą się nie tylko ze słowem i czynem, ale wprost z uczuciem. Obcować z ludźmi na to, aby zawsze, wszędzie i nieubłaganie słyszeć ten przechodzący poprzez wszystkie ludzkie sprawy ostry zgrzyt rozpacznego egoizmu, co się sam sobą dławi. Gdy naokół wre i kipi życie, wsłuchiwać się w dziwnym naprężeniu w ocieranie się węży: widzieć, czuć i słyszeć, jak każde „ja” zżyma się wewnątrz, kurczy i jeży wobec każdego „nie ja”, a na zewnątrz garnie się rozpacznie do kobiety, do ludzi, do gromady, do tłumu. Być skazanym na to, aby w najserdeczniejszych ludzkich porywach: w mi­łości, w przyjaźni, w ofierze nawet, widzieć tylko stulone czujne pazury i odgadywać ten dziwnie im przeczący krzyk szczerego bólu:

„Pozwól się wżyć, wtopić, wświetlić w twoją ludzką duszę, abym wielki ciężar własnego egoizmu mógł choć na chwilę zrzucić i o mojej duszy, mojej odrębności zapomnieć. Chciałbym mieć jeden oddech, jedno pulsu bicie, jedną krew i jedno pragnienie z tobą! Z wami! Ze światem całym! Chciał­bym być tylko cząstką nikłą twoją! Waszą! Ziemi! Słońca! Chciałbym spłynąć w ciebie! W was! W słońce! We wszechistnienie jedno! I jedno serca bicie!”

Tak się modlą roztęsknione oczy, tak się przyczaiły na chwilę pazury zmęczonej sobą — bestii. Takim jest ten naj­głębszy, zawsze rozbolały nerw wszelkiej miłości.

I tak oto widzieć muszę, że wszelkie uczucie ludzkie jest rozpacznym zgrzytem beznadziejnego fałszu, jest kłamaną pokorą i pokutą drapieżcy, co pragnie bezsilnie pochłonąć w otchłań bezbrzeżnego egoizmu i ciebie! I was! I świat cały!