Dlatego modli się nawet.
— Wiesz! — krzyknął nagle, i cała twarz rozgorzała mu nagle jakimś fanatycznym ogniem. — Wiesz, gdy było już źle, bardzo źle, gdy tak krew z ust chlustała, a serce stawało w przerażeniu — wówczas pomyślałem sobie nagle, że... że to przez nią, dla niej!... I ogarnęło mnie nagle jakieś upojenie dziwne, szczyt rozkoszy niewypowiedzianej... Wraz z tą krwią... Myślałem, że to śmierć.
Zżymnął się Hertenstein.
— I twój egoizm wymarzył sobie ostatnią rozpustę — rozkosz całopalnej ofiary. Nie, nie! — Tyś beznadziejny. Wszystkie twoje i uczucia, i myśli stoją w nieświadomym może, ale smutnym pokrewieństwie.
— Z czym?
Wzruszył ramionami.
— Po prostu boję się powiedzieć, nie odważam się nawet pomyśleć... Mówiłeś coś o Astarte. Czy to wszystko nie jest czasami z jej mrocznego państwa?
Wsparł czoło na dłoniach i zamyślił się chmurnie.
— Kto wie — rzekł wreszcie — może to jest cały ciemny świat uczuć, w którym ponure dusze ludzkie w koła boleści dobrowolnie się wplatają?... Dziwny świat, gdzie ślepe pożądanie rozkoszy zapomnienia o samym sobie (rozkoszy z jakichkolwiek źródeł zaczerpniętej!) rodzi na szczycie ekstazy niepamiętną żądzę poświęcenia i ofiary. To mogą być krainy ducha, gdzie chucie nawet dostępu nie mają, a jednak... Albo te wszystkie mroczne tajniki duszy szatan po prostu w jeden węzeł nam zsupłał, ukazując nam wyłącznie i uparcie tylko najpospolitsze jego objawy: szały i ekstazy miłosne.
I są ludzie — krzywił się Hertenstein niedbale — co, zapatrzywszy się w te wybuchy chuci, sądzą, że stanęli przed tajnym ogniskiem życia. Przywdziewają tedy co prędzej szaty kapłańskie. A to są, kto wie, czy nie krótkie i marne wybłyski wielkiego morza podziemnych płomieni, światowego Agni, w którym wszelka chuć tak tonie, jak tonie każdy brud życia w szerokim sercu... I ty byłeś mi jednym z takich...