— Jakich?

— Wspomniałeś pierwszy o Astarte... Takich oto brązowych kudłatych diabłów z płaskimi twarzami czarnych panter, co na szczycie ekstazy cielesnej druzgotali swe ciała pod triumfalnym wozem Astarty.

A po chwilowej zadumie:

— Tyś powinien był unikać kobiet, życia, ludzi; wiel­kich miast, bo tylko w rojnych tłumach przejawia się dru­zgocząca potęga tych ponurych bogów.

— Nie mogłem, Henryk, nie mogłem inaczej!... Ta trwoga, ten niepokój (wiesz? mówiłem!), ten paniczny lęk przed zmorą życia, rzucał mnie między ludzi, jak między wilki.

I teraz nawet, gdy pomyślę, czuję, że nie mogę, Bóg widzi, nie mogę!...

I Müller przysunął się nagle, cicho i potulnie, jak chart, i najniespodzianiej dla Hertensteina pocałował go w ramię. I wnet potem wsparł ciężką głowę na tymże ramieniu.

— Nie mogę, Henryk!... Coś łka, zrywa się jękiem w du­szy. Ludzi mi potrzeba! Życzliwości, dobra, ciepła mi potrzeba!

Hertenstein skrzywił się w pierwszej chwili. Po kilka razy otwierał usta, aby coś powiedzieć, przemilczał jednak za każdym razem. Wreszcie nie wytrzymał.

— Czy i mnie masz za wilka? Mów szczerze!