— Tak, Henryk...
— Szukasz fałszu i kłamu w mych słowach? Brudu w mych myślach?
— Nie, Henryk — dziś nie. Jutro będę. Jutro pomyślę: Ten Henryk z wysokich koturnów na ziemię spaść musiał; sceptycyzm takich ludzi rodzi się tylko z niedołęstwa, cynizm przerasta ich siły. Zda się biały, czysty; przyjrzeć mu się bliżej: trupia biel do góry grzbietem przewróconego gadu. Jutro, jutro! — powtarzał bezradnie; już mu głos drgać poczynał na dobre.
I nagle, jakby pożałowawszy swych słów i myśli, pocałował go dwukrotnie, raz po raz, w ramię.
Hertenstein zerwał się i, walcząc z uczuciami współczucia i niesmaku, odsunął go niechętnie od siebie.
On zaś machnął smętnie zmiękczałą jakby w stawach i niemocną ręką. Począł ocierać pot, co tłustymi kroplami rozsypał się po bladej i umęczonej twarzy.
— Widzisz — takie życie moje!... Szukałbym po świecie na klęczkach miłości, przyjaźni, przywiązania, a znajduję... Wracam za każdym razem od ludzi pełen goryczy i nienawiści: w całe ciało setki cierni mi powbijano. A ja każdy cierń przypomnieniem wyciągam, rozjątrzam i rozkrwawiam rany. Setki, setki cierni!... I cały rozbolały, krwawiący, tarzam się w bólu i wyć chcę, wyć jak zwierzę, które z gromady wygryziono precz!
Westchnął ciężko i, splótłszy ramiona na stole, ukrył w nich twarz.
— Henryk, zlituj się! Pomóż mi zakończyć to wszystko. Po co mi te kilka miesięcy?! Widzisz przecie, że ja nie mam w sobie tej mocy wewnętrznej nawet na jeden dzień życia.
I zerwały się w nim ostatnie pęta: zapłakał jak dziecko, cicho, bezradnie i obrzydliwie miękko.