Pies podniósł łeb i mruknął, ale tym razem już nie podbiegł. Patrzał raczej z pewnym zniecierpliwieniem w stronę swojego pana.
Hertenstein powstał powoli i wyprostował się sztywno. Po czym, jakby szukając czegoś wokół, zagarnął wzrokiem po ścianach. Oczy zatrzymały się na portrecie i przylgnęły doń długo, uparcie. Oderwał je siłą i, spostrzegłszy psa pod fortepianem, strzelił nań z palców.
— I cóż ty na to, Venta?... No, chodź, chodź!... I czego ty drżysz? — No, głupia? Przedelikacone, przenerwione, nadwrażliwe psisko! — Histeryczka!... Patrz, śmieję się przecie... Och, jak to skacze! Jak to się przegina! Jak kokoszy się radośnie! — Już rada? — Ujmujące stworzenie! Teraz łasisz się do mnie, nie do niego? — Oczywiście! — Ty szelmo niewierna!... Nie lizać — poszła precz!... No, no — skomlijże teraz, skomlij z radosnego wyczulenia... Och, ty wdzięku niewieści!...
Hertenstein przerwał sobie na samym wstępie. Powstał ciężko i, wydobywszy jakąś szkatułkę z biurka, począł rozgrzewać dwa metalowe cybuszki nad spirytusowym płomieniem.
— Ty się nie dziw — mówił flegmatycznie. — Przyzwyczaiłem się — potrzebuję... Myśl mi staje, słowa więdną bezbarwne na ustach... Te półsny ducha na jawie to najgorsze chwile życia... Nie mogę! I tobie przygotuję. Dodam zresztą więcej tytoniu. To cię prędzej uspokoi, zwróci wyobraźnię w kierunku konkretności i ani się spostrzeżesz, jak w barwnych obrazach roztopi się twój lęk... Potrzeba mi twych zmysłów wszystkich, wyobraźni i uwagi całej: chcę, byś raz jeszcze przemyślał to życie dziwne, jakie sobie ścielemy... O sztuce będzie mowa — o tym grzechu naszym pierworodnym, za którym idzie kobieta, utracenie raju rzeczywistości, wreszcie zło wszelkie i gorycz życia aż po grobu próg... Grób na nas poczeka. Wspomnienie chce pożegnania, życie prosi o wspomnienie. Duch wzdryga się przed tym, że ma zakończyć na przypadku dnia — on chce objąć wszystko, co było, obtoczyć życie ostatecznie i rzec wtedy dopiero: niech się kończy... Masz fajkę. Ta ci postawi wnet barwne kulisy i zapali światła. Ja dam myślom swoim bieg swobodny. A ty pal... Na czym ja stanąłem?
— Przyjechałeś na zamek za późno — podchwycił czym prędzej Müller, zatulając się gorączkowo, febrycznie w miękki kąt kanapy.
— Taak... Pal, proszę!... No, i nastały zwykłe formalności, dotyczące pozostałego majątku, grubo zresztą nadwerężonego. Przy dłuższym życiu ojca pochłonęłyby prawdopodobnie całą fortunę te walące się w gruzy ruiny zamku, które upór fanatyka sprzęgał w żelazne obręcze, niemalże wraz ze skałą, na której stały; bo i skała kurczyła się i pękała. W papierach na biurku znalazłem list jego wprost do mnie adresowany. Zachowałem dotychczas — mogę ci go przeczytać:
„Skończyłem — pisał — ze sobą, dała mi smutne rozgrzeszenie rezygnacja: wszystko, co było, stać się musiało. Nie wyzbyłem się tylko żalu, że wielkich pragnień moc wytliła się we mnie bez tego śladu nawet, jaki pozostawiają wspomnienia. Skończyłem ze sobą: już bólu ciała nawet nie czuję. Myślę o Tobie, Tobą już jestem.
Uchwyć za ster życia za młodu: — kochaj! — To jedyne, co moc czynu dać jeszcze potrafi. Nie ludzi — zawiodą, nie kobietę — oszuka, nie pracę — ogłupia! Ukochaj dzieło i czyn swój, ukochaj je w pracy i w spoczynku, w radości i w smutku, w rozkoszy i w zniechęceniu.