Piekło sobie zgotuje tuż pod tronem Boga!

O zorze! Zorze! Ciche, gorejące zorze!

W sto tęcz wokół świat spłonął: krwawi! Dymi! Gorze!

— Nieskalanych to szczytów złowieszcza pożoga.

Szatanie, odwiedź zwierciadło swe ode mnie!!...


...Już mroźne sine okłęby wyrzucać się poczęły spod tej ogniowej topieli. Porwał się wicher i zmiótł w jednej chwili pożogę.

Koniec! —

Gęste przedzmierzchowe mroki sinym kirem zaciągnęły świat.

Na podniebiu widać już było tylko dziwnie twarde, zimne i mroczne zwały granitu, pośród nich zastygał i krzepł siny lodowiec. Dołem legła ta cisza mroczna w godzinę oczekiwania, kiedy się dzień poza przełęcze zwala. Jeszcze tylko dwie długie taśmy czerwieni snuły się leniwie pośród chmur. — Cisza... Tam górą, po szczytach, mignęło coś: płynie... Cień! Cień!... Orłowych skrzydeł po lodowcu cień.