Minął — przeleciał!...

Teraz słyszę z dala jakiś skrzyp drewniany: uparte, nie­dołężne bujanie w starej dzwonnicy. Nagle dźwięków całe roje, jak stado cyranek, co się z wody poderwie, zakrąży i w zmierzchowej, wielkiej ciszy płynie wysoko, wysoko — hen w podniebną dal!

Kiedy Anioł zwiastował Marii...

A z łąk alpejskich, z lasów jodłowych, z hal podnieb­nych wionęło pod niewidzialne ołtarze kadzidłem mięty, anyżu i tymianu.

A na ziemi pokój ludziom dobrej woli i czystego serca...

I ten świat cały, ten mój, oczyma duszy widziany ten świat rozśpiewał się kornym, pokutnym modleniem. A kiedy oczy, uczuciom swym wierne, wciąż jeszcze na szczyty wra­cały, rósł, krzepł i potężniał śpiew ten: pastoralnym hymnem rozpsalmił mi się w duszy.

...I zda mi się, że leżę martwy tam na lodowcu, w pod­niebnej trumnie sinego granitu — i że poprzez ziemię całą przechodzi szumem wielkim zmartwychwstania godzina... I wi­dzę, po horyzoncie świata, wielką, rdzawą a dymną łunę od gromnicznych świec...

W tę oczekiwania godzinę najcięższą...

I zda mi się, że z bożych aniołów duchem najsilniejszy odwala głaz mego grobu: ciebie, Hilda, widzę w złotym blasku świec gromnicznych. A laury wokół ciebie lśnią i nad głową twą szumią.

I mówisz do mnie: „Wstań i ty, grzechem niemocy najgrzeszniejszy. Patrz, oto na wątłe piersi kładę ci złotą Chrystusową tarczę miłości: tworzyć będziesz!... I lęku zbądź! Chrystus Pan kamień nawet rozłamać każe, zali nie jest to agatu migdał lub ametystu ukryte ziarno: — aby żadnemu pię­knu krzywda się w niebie nie stała. Widzisz milionowych tęcz płonącą bramę i biały, szumny gościniec aniołów? Sły­szysz ziemskiego ptactwa świergot radosny? Łąkowych kwia­tów poszumy tajemne i małych, smutnych dzieci śmiech szczę­śliwy? — Patrz — oto po prawicy Boga Ojca zasiada Chry­stus Pan nasz miłościwy.