— Zabieram cię ze sobą. Musisz dać koncert w stolicy.
— Nie, nie!
Roześmiała się.
— To podnieca, budzi, dodaje sił. My musimy mieć coś takiego, coby nas ciągle naprzód pchało; w przeciwnym razie cofamy się łatwo albo tracimy właściwe miary.
— O czym ty mówisz?
— O tłumie. — I jest w tym upojenie, krótkie, ale mocne: haszyszowe.
— W czym, Hilda?
— We władaniu tłumem... Ich dusza ma całą gamę uczuć. Te rozproszone oklaski, gdy wchodzisz, to naprężone milczenie, gdy zaczynasz, to westchnienie gromadne czasami, poszepty i te nagłe burze oklasków...
— Powiedz, Hilda — mówiłem, siedząc u jej nóg jak paź i ujmując ją za obie ręce — powiedz, Hilda — w tym musi być coś upokarzającego: być aktorką?
— Dzieciaku, jesteś niegrzeczny względem kobiety! — śmiała się, zgarniając mi włosy z czoła. — Mówi się: artystka.