— A ja ciebie nie wezmę — rzekła niespodzianie i po­częła wiązać sobie krawat na szyi. (Nosiła się z angielska, w sukniach o surowej niemal prostocie, lecz w nieskazitel­nych, rysowanych liniach).

— Dlaczego nie weźmiesz?

— Daj pokój! — przerwała niechętnie i potrząsnęła nie­cierpliwie głową.

I poczęła się przechadzać po sali: wysmukła, bujna, mocna w chodzie i w wejrzeniu. Z góry spoglądały na nią sczerniałe i zrudziałe portrety w złoconych ramach, o zga­szonym przez czas połysku. Kołem pod ścianą płonęły, w ka­pryśnych rzutach refleksów od świec, ponure, trupie, sztywne szeregi zbroic. — Dywan głuszył nasze kroki, natomiast każde chrząknięcie i tłumione westchnienie rozlegało się piwnicznym echem po dalszych na wpół pustych komnatach.

— Z początku — rzekła — chciałam ci była podzię­kować.

— Bój się Boga, za co?

— Prawda! Ty nie żyjesz nakazami klubu, salonu, sza­blonów, lecz duszą własną.

— Nie mów...

— Boisz się wspomnienia kulis?

— Rozumiem, żeś postanowiła przed chwilą w myślach oczernić siebie przede mną.