Roześmiała się. „Jaki on czujny!” — zawołała do siebie. — To „on”, cała intonacja tego okrzyku nie poszła mi w smak. Toteż nie namyślając się, dodałem:
— Myślałaś: „To go przyprowadzi do rozsądku”.
Zatrzymała się gwałtownie:
— Proszę, aż tak dalece czujny!... Zresztą — mówiła wnet potem, jakby z pewnym politowaniem — zresztą, ten instynkt mają wszyscy, co, bez kierownictwa woli, omackiem przez życie idą. Wielki urok szarej godziny egzystuje tylko dla mocnych wolą: oni nie widzą, ponieważ mogą sobie na to pozwolić. A w tym jest wielka tajemnica szczęścia.
— W czym, Hilda?
Podbiegła do mnie i przysłoniwszy oburącz oczy:
— W tym — zaśmiała się krótko.
— Siądź — szeptałem — pozwól raz jeszcze złożyć głowę na twych kolanach, oczy mi przysłoń — i niech się upiję tą szarą godziną szczęścia!...
I znowuż przechadzała się w zadumie po sali: bujna, giętka i taka mocna w chodzie i w wejrzeniu.