— Hilda — szeptałem, stojąc z dala — gdy tak na ciebie patrzę, gdy wspomnę, coś mówiła... (Ja każde słowo twe pamiętam!)... Przed twą wolą, rozumem, uczuciem...
Nie chciała słuchać, nie pozwoliła mi dokończyć.
Z góry, spoza ram wyblakłych, spoglądały na nią harde głowy przodków. A kołem, pod ścianą, płonęły w kapryśnych rzutach refleksów stalowe zbroje; z głowami wtulonymi w ramiona, stali sztywno, jakby cześć jej oddając, spiżowi rycerze: prężyli się ponuro, trupio, strasząc czarną otchłanią pod hełmem.
I jużem wzroku od niej oderwać nie mógł.
— Ty byś na barkach swoich udźwignąć mogła nawet brzemię!
Zwróciła się nagle ku mnie.
— Jakie?
— Majestatu, Hilda!
Rumieniec, pierwszy rumieniec trysnął na jej twarz.
— Dzieciaku ty! — rzekła surowo.