A ja przygiąłem się szybko do tej na czarnej sukni zwisłej białej dłoni i opowiadałem jej gorączkowo, bezładnie o tym, jak mi ona w ów wieczór przyszła z nieba i ziemi cudowną muzyką, jak świat mi się przez nią rozegrał, jak ona granitowy głaz z grobu mej niemocy podjęła, jak me wątłe piersi złotą tarczą miłości osłoniła.

Odpowiedziała spokojnym, prawie smutnym głosem, musnąwszy z lekka me włosy.

— Biedny ty — niewolnik wyobraźni!... Nie wierz ty swym wrażeniom, uczuciom, chęciom, samemu sobie nie wierz! Ty ani sobie, ani nikomu dać szczęścia już nie potrafisz. Ty możesz być tylko artystą.

Przegięła się, pochyliła w dół głowę ku moim ustom. I na te wargi me pragnące złożyła długi, cichy pocałunek. Przyjąłem go jak sakrament: cicho i kornie, bo, tą szarą godziną szczęścia wciąż jeszcze pijany, wyzbyłem w pamięci kobietę: marzyłem, że to ONA — sztuka, daje mi boskie swe pomazanie.

Z góry, spod pułapu, spoglądały potężne, harde, w mie­cze własne ufne oblicza dawnych ludzi czynu.

„Oto jest ta, co nas wskrzesi, na nowe boje, nowe zwy­cięstwa w nieśmiertelnym życiu powoła”.

Chłodem ponurej, skupionej ciszy wiało z dalszych komnat zamku. W sali, pod ścianą, prężyli się trupi rycerze. I zdawało mi się, że z tych martwych szeregów, z tych czar­nych jam pod pustymi hełmami, wyszedł pomruk basowy, niby głuche i mocne w bojowy bęben uderzenie:

Salve Regina238!


Minęło. Dziś nie wiem nawet, czy ta chwila snem była czy objawieniem, złudą czy jawnym cudem.