Hildę, kobietę widziałem już przed sobą.

Oto poprzez salę bezszelestnie stąpa — ramiona uniósł­szy, splotła dłonie na tyle głowy: na tym bogactwie i prze­pychu włosów lśniących. Rumieńce żywe ma na twarzy (białą była dotychczas!) — pierś jej faluje — słyszę oddech nierówny. Gdy przysiadła na chwilę, a spojrzenie me (nie odrywały się od niej oczy moje!) zatrzymało się przelotnie na jej stopach, zasłoniła je czym prędzej trenem sukni. A gdy się zerwała znowuż, tom słyszał już odtąd w jej chodzie je­dwabisty, sypki szelest sukien.

Poczęła nucić: zrazu cicho, potem śmielej. Wreszcie...

Słucham. Głos piersiowy, pełny: kryształ w brzmieniu duchowym, metal w dźwięku materialnym, we frazowaniu bogactwa twórcze. Lekki dreszcz rozkoszy przechodzi przez ciało, tak się ucho raduje. Na chwilę zapominam znów o ko­biecie: słyszę tylko głos sztuki i stroję chciwe ucho... Śpiewa!

I co mi w piersiach

Żary roznieca,

Co mi się do krwi

Płomieniem wświeca,

Jak pierwsze świty

W duszy mi dnieje,