Müller opędzał się już dłonią od tych mroków i tumanów mistycznych.
— Więc czymże jest prawda?! — krzyknął i rzucił się jak w sieci.
— Ona nie zależy od waszego „tak jest” ani „tak nie jest”, ona nie jest pewnością, ani wątpieniem; — ona jest objawieniem! Prawdzie w oczy spoglądają prorocy.
Müller w ponurym niepokoju zapatrzył się w oczy Hertensteina.
— I co... co osiąga twój stężały w bezczuciu ideał?
— Koniec swój. — Taki już się nie przeradza, bo zatrzymane jest koło bytu, bo duch objął i ogarnął wszystko, stał się wszystkim; — spłynął za życia z duchem wszechświata — ani żywy, ani zmarły, bo poza nim zarówno byt jak i niebyt pomyślany być nie może... Posłuchaj! — Gdy prorok łańcuch przyczyn dwunastu i osiem dróg wyzwolenia światu odnalazł, przekwitła jego ekstaza. Sakija Muni252 powstał, uśmiechnął się do słońca i tak rzekł do wszechświata: „Oto wyrzekam się dalszych trwań żywota mego. Ległem jako połamany wóz. Stanęło życie me, już wstecz nie nawróci, ani naprzód nie ruszy: śmierć mu nie grozi, w nowych narodzinach już się nie powtórzy. Nie potoczy się pęknięte koło żywota mego, bo w trzech światach nie masz jemu chęci i nie masz dlań okowy”...
— W trzech światach? — powtórzył Müller jak echo.
— I dla mnie w trzech światach. Z narożnicy kamiennej zamku ujrzałem je już dawniej: bezpłodny świat białych marzeń, przyziemny świat szarego życia i chmurny świat sztuki.
Müller w odurzeniu dłonie na czole splatał i przysłaniał oczy, jakby chcąc przywołać przed nie te białe, zatopione w błękit lodowcowe szczyty, które tylokrotnie obiły mu się o uszy.
— I co się stało z twym prorokiem? Nie umarł?