— Doskonały duch jego wystąpił z powłoki ciała jako kurczę z jaja, wświetlił się w słońce, rozpłynął się w niebiosach, wpłonął w światowe Agni.
— Słuchaj, Henryk... — Müller czepiał się go oburącz. — Nie o proroka twego mi idzie... Powiedz, powiedz to tylko — bo ta myśl dziwnym szałem mnie upija! — Więc... więc nie ma śmierci?!
A Hertenstein, rozłożywszy ramiona:
— I cóż śmierć takiemu uczynić może, który sam w sobie pokonał to wszystko, co ona zniszczyć zdolna: — lgnienie do świata zewnętrznego, chęci, indywidualnego życia treść i w łańcuchu przyczyn aż po świadomość?... Ułamanym jest kolec śmierci.
— Więc w co wierzyć?! — Co nas czeka? Mów!
— Spokój, spokój wieczny i świadomy. Błogie zapatrzenie się ducha, który stał się już duchem wszechświata, w swą świadomą pełnię... I patrz! — Skoro spokój w sobie czujesz, ty już tam jesteś. I nic już grozić ci nie może.
— Henryk!... — Müller wsparł głowę na jego piersiach i zamykał oczy. — Henryk, jeśliś ty szalony, zaszczep i mnie ten obłęd! — Ułam kolec bliskiej śmierci mojej!
A Hertenstein, obejmując go troskliwie:
— Kochałeś? — szeptał. — Kochasz jeszcze? Uczyń z miłości tęsknotę ducha wielką. Spojrzyj na szczyty! Bo...
jako garść ziarna w głąb ziemi zasiana