da z czasem cienie, owoc i kwietne wonności,

tak, gdy tęsknota w twym sercu zagości,

da ci cień swój i owoc, i wonność Nirwana!...

Müller wgarniał się, wtulał w jego ramiona.


U pułapu zawisły sine mgławice rozkołysanych dymów. Barwny klomb wokół dyszał wonią: kwiaty zamierając wy­rzucały z siebie niby wonne kadzidła chwały.

Chart nie mógł uleżeć, coraz to niespokojniej biegał po kątach, wylatywał gdzieś w ciemne wnętrza dalszych pokojów, wślizgiwał się z powrotem niewidocznie i tajemni­czo, kładł się na kwiatach i prężył chude ciało. To znów łeb czujnie podrzucał, zasłuchany w nierówne i ogromnie przyśpieszone bicia dwóch serc.

Zaledwie Müller w zamiarze powstania z krzesła zdą­żył pierwszy ruch uczynić, chart, jak sprężyną podrzucony, skoczył mu pod nogi, obwąchał, łeb ku niemu zadarł i za­patrzył się lękliwie. I tak patrzeli przez chwilę na siebie, zasłuchani w trwożne bicia trzech serc.

Zbliżył się do okna i roztworzył je na oścież. Zaszu­miały senne po nocy liście, wionął chłód i potoczył się gwar głuchy, przytłumiony. Tam na podole, w szerokiej ko­tlinie, pod zimną osłoną stalowych blasków, drzemał po­tworny, ciemny kadłub miasta. W tej czarnej masie, gdzieś na rozłogach, porozpraszały się smutnie blade, mgliste świa­tła tych, co czuwają.

I zdawało mu się po nocy, że patrzy na wielkie roztopy czarnego trzęsawiska, nad którym żadna nie świeci gwiazda, a natomiast rozproszone po błotach gdzieś, po czarnych wądołach, wróżbnych kryjówkach i na złych za­krętkach, pozapalały się błędne ogniki: zaświeciło próchno...