Tu i ówdzie zadrgała świetlana zorza, przygasała i usu­wała się niżej. Cisza wielka kładła się na miasto coraz to gęstszym kirem. Po ciemku, omackiem szedł miejski świt pracy. I była to godzina smutku, co czuwających ogarnia bezmiernym dla ludzi współczuciem. Jeszcze, jeszcze godzina wytchnienia, godzina snu, złudy i zapomnień! Tam oto w uścisku splotła się młodość: śni, marzy. Niech jeszcze minutę pomarzy!...

Zawyły po przedmieściach zbudzone ze snu potwory: rykiem długim, przeciągłym, żałosnym. Już białą pianą go­rącego oddechu zioną w ciemne powietrze. Za żerem ludzkich dusz wyją, stalowe członki prężą i w ruch je miarowy puszczają. Już syczą, świszczą, kołaczą, gromem podziem­nym się toczą i strzeliste smugi skłębionego dymu rzucają w rdzawe niebiosy. Ofiarnicy przy ołtarzu pracy już stoją; już ciągną szare, nieskończone szeregi tych, co giną.

W tej ciemni wyrastały w oczach powoli i zarysowały się ostro pojedyncze kontury najeżonych w kominy dachów. I wydało się Müllerowi po nocy, że z tego zwaliska tysiąca ciemnych plam o ostrym konturze wyciągają się cienie ty­siąca rąk. I wnet po całym tym ciemnym murowisku, gdzie oczy sięgnęły, widział tylko rozpacznie ku górze prężące się ramiona w zimną toń stalowego blasku.

I spojrzał ku górze. Ponad świetlaną łuną miasta wi­siała tylko rdzawa bezdeń; oczy daremnie szukały gwiazd. W tej otchłannej pustce zawisła tylko chmurna plama, nieco ciemniejsza i zwiewna: jakby przez to lustro miejskiej łuny rzucony gdzieś w przestrzeń złudny majak po nocy. Patrzał. A gdy oczy daremnie wymadlały gwiazd po niebie, ułożył się ten cień w kłąb potwornego kształtu: — z podwiniętymi pod siebie nogami zasiadło tam spłaszczone, olbrzymie ciel­sko bałwanu. Długie, cienkie dłonie tuż pod szyją na obojczykach płasko wtłacza; mrużą się małe jak u słonia i skośne oczy, a szerokie, aż po uszne konchy, ostre wargi skrzepły w dziwnym wyrazie błędnego uśmiechu.

To on! — Wielki Risi, Sakija Muni, co pokonał na zaw­sze klęski, cierpienia, choroby, wieku, śmierci i narodzin, co istotę bytu — ból poznał i jego przyczynę — ruch przezwyciężył. I oto, wświetliwszy się w słońce, wtopiwszy w nie­biosa, wchłonąwszy w światowe Agni, w niezmąconej ciszy i wiecznym spokoju Nirwany króluje uśmiechnięty nad wszel­kiego cierpienia łańcuchem przyczyn dwunastu.

A tam na padole, z głuchego zgiełku i nocnego mroku wyrastają bez końca i prężą się rozpacznie ku górze ramiona tych, co czują i myślą.

I zdawało się Müllerowi po nocy, że wszystkie te ręce wyciągają się w przestrzeń rdzawą i bezgwiezdną z modlitwą o jedną gwiazdę na niebie, o najdalszej gwiazdy najsłabszy bodaj promień... „Niech przyjdą klęski, cierpienia, choroby, wieku i śmierci, niech gromy namiętności życie nam burzą, niech pokuta daremnie wzywa niebiosa, ale w zamian jednej wiary, jednej nadziei cień! Najdalszej gwiazdy promień naj­bledszy!”...


Zawrócił w głąb pokoju. Drżąc od chłodu, otulił się w swą pelerynę i rzucił w swój kąt na kanapie. Spojrzał niedbale na Hertensteina. Twarz jego była prawie bez wy­razu, tylko jeszcze bledsza, zimna i jakby przezrocza253.

— Henryk?... — szepnął.