Hertenstein drgnął i podniósł oczy.
— Henryku, to jest straszna rzecz — bezwiednym ruchem wyciągał ramię górą w kierunku okna — ten bezduszny bałwan twego bożka!
Hertenstein ocknął się jakby nagle i ożywił. Twarz zwarła się w twardym mocnym wyrazie. Dłonią odruchowo swą księgę przycisnął i spod nachmurzonych brwi patrzał ze współczuciem na Müllera.
— Nie wierzysz?
— Nie mogę.
Po krótkim namyśle ujął wszakże Hertensteina za obie ręce.
— Ja cię tego pozbawiać nie chcę. I to jest wielkie, skoro głęboko w sercu tkwi... Widzisz, ja ci nawet dziękuję, dziękuję ci za tę chwilę szczytnego otumanienia... I że się to stało. Widzisz, ja już niczego nie żałuję, już spokój we mnie.
— Proroka nauka wsiąkła w twą duszę.
— Ach!... Daj pokój!... Nie mogę! — Müller wciąż się dłonią opędzał. — Za to ci dziękuję, żem był twym spokojem, twą wiarą pijany, kiedy — się to stało... Widzisz, ja nie wiem nawet, kiedy i jak się stało. Mogłoby mi się wydawać, że ta trucizna wprost z twych słów w duszę mi wsiąkła i zabije. I może ta woń kwiatów otumaniła mnie wprzódy: cudzej sztuki triumf... Słuchaj, Henryku — wszak i to twe zwycięstwo nade mną, to także tylko triumf wielkiej poezji w twej wierze, w twych szczytach podniebnych nad zamkiem i — w tak bezmiernie łagodnej śmierci. Przez wrota sztuki wprowadzasz mnie w grób. I za to ci dziękuję... Już jestem tylko bardzo zmęczony... I chciałbym, żeby to prędzej! Prędzej!... Dlaczegoś wybrał tak powolną... Długo jeszcze?
Hertenstein wyjął zegarek i położył go przed sobą na stole.