— Czujesz co?
— Nie... Tylko spokój bezwoli, jakby po długiej gorączce... O coś ważnego, o coś najważniejszego chciałem cię jeszcze pytać... Słuchaj, czemu... — mimowolnym ruchem wyciągnął ramię ku oknu, dołem, w kierunku miasta — czemu tam ze mnie, z ciebie, nie zostanie nic, nic... Czemu z nas żaden?... Powiedz, kto i kiedy wypowie?...
— Co wypowie?
— Rozpacz tych, co dlatego tak strasznie grzeszą, że tak beznadziejnie szukają, co wpadli w „złe wiry” życia z tą jedną jedyną wiarą w piersiach...
— W „samych siebie” — dokończył Hertenstein.
— Kto i kiedy wypowie nas?... I tamtych? — (Müller wyciągnął mimo woli dłoń w kierunku okna, jakby przywołując obrazy widziane przed chwilą.) — I wszystkich? Całą głąb ludzkiego cierpienia?
— Nikt.
— Jego obraz złudny? Ułamkowy cień tego obrazu?!
— Kto granicę swego „ja” przekroczy, ten tylko zrozumieć jest zdolen cudze cierpienie. Kto swe „ja” zniszczy, ten dopiero odczuć je potrafi.
Ruchem dłoni nakazał mu cierpliwość. Zwiesił głowę — milczał.