Oglądał się coraz to niespokojniej po pokoju, wsłu­chiwał, szmery łowił. Wreszcie, nie widząc jakby nigdzie ucieczki, przykląkł przed Hertensteinem i całował tę spoczy­wającą na kolanie białą, przezroczą dłoń.

Na bladej, jakby prześwietlonej twarzy Hertensteina, powieka nawet nie drgnęła.

— Henryku, to ostatnie!... Na miłość tego, coś kochał w życiu!...

— Nie znam żadnej...

— Powiedz, powiedz! — Więc nie czeka nas kara za... za mord na duchu?!

— Życie samo jest karą w beznadziejnym poszukiwa­niu, a wszystkie jego dary są nieczyste.

A gdy Müller zamachał rozpacznie rękoma:

— Przypomnij tylko... Przedwczoraj jeszcze. — Przy­pomnij. Przedwczoraj jeszcze, gdy ona przyjechała — jeden jej uśmiech... Stamtąd, z wyżyn moich — w wasz głód życia! I w wirze wielkomiejskim szukałem największego ruchu, bo­daj szału rozpusty, aby się zbudzić — aby tworzyć... I jeszcze raz zaimponował mi czyn. — Jeden uśmiech kobiety!... Nie­czysta myśl kobiety słońce nawet przyćmić potrafi... A wiesz, czemu ze swoich wyżyn tak nisko spaść mogłem?

— Mów mi o tym, że kary nie ma!