— Wiesz, czemu spaść mogłem? Bom po ostatni korzeń zła nie sięgnął, siedem zaledwie dróg przebyłem. Pozostał jeszcze jeden stopień, z którego spaść już nie można. Pozostało to, co kształt i imię dla mnie tworzy: ciała mego indywidualność.
Müller zerwał się z kolan i ściskał rozpaczliwie czoło. Rozumiał, że ten człowiek sobą już być przestał, że myśl jego tego koła nie opuści, gotowa jakby wieczność w nim się obracać.
— I patrz, drogi — mówił Hertenstein łagodnie — oto usuwam lekko tę ostatnią zaporę: już nie będę igraszką przypadku. Nigdzie duch mój nie pójdzie i nigdzie się nie przeniesie. Pozostanie, gdzie był, zanim ona przyjechała — gdzie jest teraz, w tej chwili... Patrz, ja już tam jestem, już skończyłem. I nic więcej spotkać mnie już nie może!...
Müller cofnął się w niszę okienną i stamtąd patrzał na niego czujnie.
Hertenstein siedział nieruchomy i coraz bielszy na twarzy. Otwarte oczy nie patrzały nigdzie, a równy spokojny uśmiech zwracał się jakby do tej ręki spoczywającej na kolanie.
— Henryk?! — krzyknął Müller bezwiednie i zrobił ruch, jakby mu do kolan chciał przypaść z powrotem. Lecz w tejże chwili odepchnęło go coś wewnętrzną odrazą.
Stał przy oknie i patrzał, jak powoli rozpływa się mrok. Już się rozjaśniały dachy i kominy, już perłowy świt opływał wieże kościelne i dzwonił w ciche sygnaturki. Modlitewne szepty przebiegły po mieście. Tu i ówdzie wychylały się z domów otulone w chusty, przygarbione sylwetki kobiet: zbierały się i skupiały zewsząd ciche gromadki tych, co wierzą.
Müllerowi zdawało się, że tuż przed jego oczyma przebiegły w szalonym popłochu zmory nocne: łopot wielkich skrzydeł usłyszał i tchnienie pędu poczuł. Tuż poza oknem zaszeleściły w tak nagłym pośpiechu zbudzone liście: poruszyło je pierwsze tchnienie rannego wiatru.
— Więc ta chwila, co się zbliża — myślał — najstraszniejsza ze wszystkiego, co stać się może — więc ona nie jest nawet końcem?!... Więc kiedyś jeszcze raz to samo?!...