Wpadł mu w ucho gwar przytłumiony, czujny, kłótliwy, po drzewach budziło się już ptactwo.

A ten świergot radosny, te ciche dreszcze strząsanej przez ptactwo rosy, zapach ziemi świeży i kojący oraz te złote pochodnie, co pozapalały się na szczytach wież i ko­minów — przyniosły mu na rozpalone czoło miękkiej dłoni współczujące dotknięcie.

I łzy trysnęły mu do oczu.

Ciężką głowę przechylił w tył i wsparł ją o kobiecą pierś...

— Przyszłaś? — pytał sennie. — Powiedz ty! — Więc to nie jest jeszcze końcem?

Zimna marmurowa pierś... A jednak bije wszak pulsem życia? Puls ten jak młot wali mu w skroń. A te dłonie na skroniach chłodzą jak lód, ściskają mocno, mocno...

— Utęsknienie moje!... Życia mego jedyny jasny pro­mieniu!... Powiedz — więc to jeszcze nie koniec?!

Głowę wciąż do tych piersi tulił i — rozchylił powieki, Grozy niemy krzyk przebiegł mu chłodem po krzyżach. „Ktoś ty?!” — pytały oczy. Na nim czaiła się jak pantera śniada, prawie brunatna twarz kobiety o nieludzkiej potędze zimnego wyrazu. Widzi na jej skroniach puszyste pęki przepaścistej czerni włosów; zielonawa głąb polipowych oczu wpija się w niego, wsysa mu się w krew. Chłodne lodowe dłonie oplo­tły mu czoło, skuły głowę w te kleszcze i cisną, wmiażdżają mu czaszkę w granitową pierś...

Ramiona przed się wyprężył, zachwiał się i zwisł na framudze okna.

Przyskoczył doń chart, obwąchał i najeżył sierść. Prężąc łapy i cofając się zadem, zbierał się w sobie, kurczył, wresz­cie skoczył w okno i wypadł jak strzała do ogrodu. — Hur­mem załopotało ptactwo, jakby wicher żaglem targnął. Chmurą ciemną zerwały się roje z drzew i rzuciły się w dół, ku mia­stu; w nagłym zwrocie szarpnęły na lewo i uderzyły w górę, zakrążyły kołem, kołem i jeszcze raz kołem, kąpać się i pławić w słonecznej roztoczy...