Jasny świt poranku rzucał rosę na więdnące kwiaty. W różowe i fioletowe plamy powoli je rozświetlał i roztapiał, zwiewnym całunem sinej mgły nakrył i, ten klomb barwny jednym akordem chłodnego tonu tłumiąc, w iskrzeniu jakimś plamy rozkołysał, cały pokój osnuł, omotał, ukwiecił.
Koło laurowego wieńca, oparte o poręcz fotela, ujmowało Hertensteina po pas w ciemną ramę; purpurowe szarfy zwisłe po bokach tuliły go jak w ramiona. W perłowym rozbrzasku dnia i w błyskaniu kwietnych barw, twarz jego stawała się mleczna, przezrocza, tchnieniem błękitu jakby owiana i w półsennym zasłuchaniu w ranny świergot ptactwa po raz ostatni jakby uśmiechnięta. Nagle poruszyły się jego wargi i rozlały uśmiech na całą twarz.
— Chcesz wiedzieć?... — zaczął.
Zagłuszył go świergot na dworze. Promień słońca przedarł się przez liście i rojem złotych motyli rzucił się na kwiaty.
— Chcesz wiedzieć?...
Jeden z tych słonecznych motyli przysiadł mu na wargach, jakby chcąc wypić z nich dziwną słodycz i woń tego uśmiechu.
— Chcesz wiedzieć, czym jest Agni?...
Złote motyle obsiadły mu głowę, twarz i ręce. A on, zapatrzony tam, gdzie chmara ptactwa iskrzyła się w kręgach na niebie:
— Co w miłości się znajduje, od miłości odmienne, czego miłość nie zna, a co miłością kieruje, co miłością jest miłości — oto jest Agni, kierownik życia wewnętrzny, oto wielkie, twórcze i zabójcze Om!...